Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WTA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 kwietnia 2017

O turnieju w Biel, następcy Katowice Open





Niemal rok temu w tekście Nie będę płakał po Katowice Open, przy okazji pożegnania imprezy na Śląsku, wspominałem o przenosinach turnieju do szwajcarskiego Biel, gdzie przed laty trenował sam Roger Federer. Sam Maestro otwierał wtedy ulicę swego imienia oraz inaugurował budowę nowoczesnego centrum tenisowego, gdzie miały odbyć się zawody. Wróćmy tam po roku, zobaczmy, jak wygląda teraz ten ośrodek i jak zapowiada się turniej.




Obiekt, będący w zamyśle szwajcarskim narodowym centrum tenisa, mieści się – jakżeby inaczej – przy Roger-Federer-Allee 1. Ma służyć m.in. podczas występów reprezentacji w Pucharze Davisa i Pucharze Federacji. W hali zmieściły się 3 korty o twardej nawierzchni (Rebound Ace) oraz mobilne trybuny na 2 500 widzów, zakrywające w zależności od potrzeb 1 lub 2 korty. Obok mierzącej ponad 60 m długości i ponad 50 m szerokości hali wybudowano dodatkowo 6 boisk z nawierzchnią ziemną. W sumie cały projekt kosztował 8,5 milionów CHF i jak widać na zdjęciach, prezentuje się naprawdę okazale.

Obsada Ladies Open nie rzuca może na kolana, jednak jest bardzo przyzwoita. W singlu wystąpią m.in. Carla Suarez Navarro (zastąpiła kontuzjowaną Kristinę Mladenović), Barbara Strycova, Belinda Bencić, Alize Cornet, , Kirsten Flipkens, Roberta Vinci, Yaroslava Shvedova czy Monica Niculescu.  
W deblu za to wystąpią srebrne medalistki z Rio – Martina Hingis z Timeą Bacsinszky. Hingis dodatkowo poprowadzi bezpłatne zajęcia dla dzieci oraz wystąpi w meczy pokazowym ze znanym szwajcarskim showmenem, Marco Rimą.


Wygląda na to, że szykuje się całkiem atrakcyjna impreza, która fanom tenisa może dać sporo ciekawych wrażeń sportowych, ale i dużo przyjemności z przebywania w wielce uroczym otoczeniu szwajcarskiego miasteczka.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Tydzień 1., czyli srixon


Niniejszy wpis inauguruje serię podsumowań tygodnia, która będzie się w poniedziałki pojawiać na moim blogu. W pierwszym wpisie bohaterem tygodnia musiał być Srixon.

Bohater tygodnia - srixon Agnieszki Radwańskiej

Nazwa tej marki, jak dotąd bardziej znanej z produkcji sprzętu do golfa, na początku minionego tygodnia zelektryzowała fanów Agnieszki Radwańskiej. Po wieloletniej współpracy z Babolatem nagle pojawiła się na korcie wyposażona w rakietę srixon. Nie poprzedziła tego ani zapowiedź producenta, ani samej zawodniczki, tak że pojawiło się mnóstwo spekulacji, w których przebił wszystkich Wojciech Fibak, twierdząc że to ten sam babolat, tyle że przemalowany na srixona. Z kolei inni specjaliści obarczyli nową rakietę odpowiedzialnością za odpadnięcie pani Agnieszki w ćwierćfinale turnieju w Shenzhen, gdzie broniła mistrzostwa, a nawet za odcisk na palcu.

Kolejną niespodzianką ze strony naszej najlepszej tenisistki było pojawienie się na korcie w przerwach meczu trenera, a konkretnie Dawida Celta. Jest to obrazek od dawna w jej przypadku niespotykany. Podobno sam Celt, jak wiadomo prywatnie narzeczony, ma odtąd na niektórych turniejach zastępować pierwszego trenera, Tomasza Wiktorowskiego. Zobaczymy, jak to będzie.

Teraz wraz ze swoim nowym sprzętem nasza zawodniczka przenosi się do Sydney, będącym ostatnim sprawdzianem przed Australian Open.

Pozostali Polacy nie przebili się na czołówki serwisów sportowych, a to za sprawą kiepskich występów. Magda Linette zaliczyła dwie szybkie porażki w eliminacjach do turniejów w Auckland i Sydney, Jerzy Janowicz odpadł w II rundzie eliminacji w Auckland, po raz kolejny czynem zaprzeczając przesadzonym pogłoskom o swoim doskonałym serwisie. Mimo to oboje zanotowali awans w rankingu, odpowiednio na 93. i 278. pozycję.

W ramach ciekawostki warto odnotować pierwszy deblowy występ Mariusza Fyrstenberga z Andym Murrayem u boku, przegrany w Doha w niecałą godzinę 2:6, 4:6.

Murrayowi, mogącemu się pochwalić świeżo nabytym tytułem szlachecki, o wiele lepiej poszło w singlu. Tutaj zameldował się w finale i po wspaniałej walce uległ Novakowi Djokoviciowi w 3 setach. Nole pojawił się z nowym trenerem, Serbem Dusanem Vemiciem; klasa Borisa Beckera to to nie jest. Zabrakło też Pepe Imaza ze swoim Peace and Love, być może dlatego Novak wykazał się walecznością i wygrał, łamiąc w chwili słabości rakietę. Z pewnością jednak 4 zepsute smecze nie świadczą o szczycie formy.

Być może wraca za to do najwyższej formy Grigor Dimitrov, który wygrał bardzo dobrze obsadzony turniej w Brisbane, zwyciężając po drodze z Thiemem, Raoniciem i Nishikorim. Da mu to awans o 2 oczka na 15. pozycję rankingu i perspektywę powrotu do najlepszej dziesiątki. Z kolei w Chennai wygrał Roberto Bautista-Agut.

Jeśli idzie o panie, to o Shenzhen już wspominałem - Agnieszka Radwańska nie obroniła tytułu, za to dosyć niespodziewanie wygrała całą imprezę 52. w rankingu Katerina Siniakova, pokonując po drodze Simonę Halep, Johannę Kontę i - w finale - Alison Riske. Czeszka urodziła się 10.05. (zupełnie jak ja!) 1996, ma więc niespełna 21 lat. Może więc chociaż u pań idzie nowe, warto obserwować jej karierę.

Z kolei w damskiej odsłonie zawodów w Brisbane tryumfowała Karolina Pliskova i samo to pewnie nie jest wielką niespodzianką. Za to pewnym zaskoczeniem jest znakomity występ drugiej finalistki, Alize Cornet, która wyeliminowała wcześniej Cibulkovą i Muguruzę. Dla porządku trzeba odnotować, że w ćwierćfinale odpadła z Ukrainką Svitoliną liderka rankingi, Angelique Kerber.

Bardzo ciekawie było również w Auckland. Najpierw już w II rundzie odpadła Serena Williams, wywołując przy tym niemały skandal, obciążając za słaby wynik wiatr i uznając panujące tam warunki za najgorsze, w jakich grała. Witana jak królowa, żegnana bez żalu i chyba z urazem, który nie wróży zaproszenia w przyszłym roku. Być może usprawiedliwiają ją okoliczności spoza kortu, czyli zaręczyny z wirtualnym przedsiębiorcą, Alexisem Ohanianem. Skoro udało jej się zaskoczyć tym faktem media, to niewykluczone, że zaskoczyła również samą siebie i nie umie się teraz z tego wyplątać.

Wraz z siostrą odpadła również uskarżająca się na kontuzję Venus, zachowując jednak wszelkie konwenanse. Sportowo rywalizacja potoczyła się bardzo ciekawie, tu również pojawił się powiew młodości. Do półfinału trafiły aż 3 młode zawodniczki - 19-letnia Konjuh, 20-letnia Ostapenko i 23-letnia Davis. Tytuł zdobyła ta ostatnia, ogrywając Chorwatkę w 2 setach.

Kolejna refleksja przy tej okazji dotyczy naszej Magdy Linette - chwali się ona na prawo i lewo, że Ana Konjuh to jej najlepsza przyjaciółka w tourze, że razem trenują i spędzają wolny czas; szkoda, że nie spyta ją w wolnej chwili, jak to zrobić, by naprawdę chcieć wygrać kolejny mecz, by naprawdę chcieć coś osiągnąć. Po raz kolejny to powtórzę - Linette potrzebuje nowego trenera, i to pilnie.

Pierwszy tydzień nowego sezonu za nami. W WTA - być może - wieje wiatr odnowy, w ATP - bez zmian.


Na koniec ploteczka – Ana Ivanović, która nagle ogłosiła koniec kariery, odwiedziła ginekologa; ten nie popisał się dyskrecją i momentalnie zamieścił selfie na instagramie. Zdjęcie już zniknęło, ale internauci wiedzą swoje – Serbka spodziewa się dziecka.

czwartek, 17 listopada 2016

Agnieszka Radwańska - podsumowanie sezonu 2016



Agnieszka Radwańska spokojenie regeneruje się w Zakopanem, a my tymczasem podsumujmy mijający sezon w jej wykonaniu. Zajrzyjmy przy tym do prognoz, jakie snułem niemal rok temu na łamach jednego z internetowych portali.

Zastanawiałem się wówczas, jakie popularna Pani Isia ma szansę na upragnionego Wielkiego Szlema. W Australian Open Radwańska wypada na ogół dobrze - cztery ćwierćfinały w karierze i jeden półfinał to dobre wyniki. (…) warto trzymać kciuki za sukces, ale raczej nie spodziewałbym się zwycięstwa w Melbourne – pisałem. Okazało się, że miałem rację – kolejny półfinał to z pewnością bardzo dobry wynik, ale jednak nie zwycięstwo. Moim zdaniem finał był bardzo realny, jednak nasza zawodniczka wyszła na mecz z Sereną Williams bez wiary w sukces. Solidna gra na korcie i fatalna w sferze mentalnej. Tak się z amerykańską tenisistką nie wygra.

Przejdźmy do kolejnej imprezy. French Open. Nie ma wiele do pisania. Musiałby stać się cud. Tak zaczynałem wówczas swe rozważania. Muszę przyznać, że z coraz większym zdumieniem obserwowałem poczynania pani Agnieszki w Paryżu. W bardzo dobrej dyspozycji tenisowej i mentalnej, świetnie przygotowana fizycznie, ruchliwa, zmotywowana. Niestety. W sporcie trzeba mieć też trochę szczęścia. Gdy była na najlepszej drodze do zwycięstwa z Cwietaną Pironkovą (6:2, 3:0) spadł deszcz, po dwudniowej przerwie zaś na wilgotnym korcie, w siąpiącym deszczu, grając mokrymi piłkami nie była w stanie skorzystać ze swoich największych atutów i została pokonana w kolejnych dwóch – również przerywanych – setach do 3. Komiczne były przechwałki Bułgarki po meczu: Stwierdziłam, że muszę być bardziej agresywna, i świetnie się to sprawdziło – mówiła, choć każdy widz zauważył, że było dokładnie odwrotnie: kiedy atakowała w pierwszej fazie spotkania traciła punkty, kiedy czekała na błędy umęczonej Radwańskiej, zyskiwała. A tych było sporo, bo finezyjne zagrania w takich warunkach po prostu nie mogą się udać. To wie każdy amator, który choć raz grał na ledwo wyschniętym korcie czy w czasie mżawki.

Co do Wimbledonu niestety się pomyliłem. Radwańska grała na początku słabo, a jak już zaczęła wchodzić na swój poziom, w morderczej walce poległa z Cibulkovą, która zresztą w kolejnym meczu gładko odpadła, myślami będąc już chyba w katedrze św. Marcina w Bratysławie, gdzie za kilka dni miała brać ślub.
Bo raczej nie Nowy Jork. Tam mimo twardej nawierzchni nie osiągała nigdy więcej niż czwartą rundę – to znowu z tekstu sprzed roku. Niestety, słowa te okazały się prorocze, po niezłym meczu z Aną Konjuh nasza zawodniczka zakończyła występ ponownie na 4. rundzie.

Warto w tym miejscu jeszcze raz sięgnąć do przywoływanych już rozważań. Pojawił się tam bowiem następujący akapit: Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z karierą naszej reprezentantki. Wszystkie jej przeciwniczki, zwłaszcza o znacznie niższym rankingu, wychodzą na spotkanie z nią jakoś szczególnie zmotywowane, jakby z myślą, że tę drobinkę to koniecznie muszą pokonać, a wieści o jej technice, waleczności i szybkości są przesadzone. Wystarczy wspomnieć choćby półfinały z Sabiną Lisicki w Londynie czy z Dominiką Cibulkovą w Melbourne. Obie panie natarły z całych sił na Radwańską, by w finale przegrać gładko i bez historii. Powtórka z rozrywki, z tą różnicą, że tym razem zajmująca wówczas miejsce pod koniec 2. dziesiątki Cibulkova nie odeszła w niebyt, a wygrała rywalizację w Singapurze, notując największy sukces w karierze (pisałem o tym w poście Mistrzyni Cibulkova, czyli tryumf woli). Tym razem na listę wpisały się Pironkova i Konjuh.

Jaki był więc ten sezon dla Agnieszki Radwańskiej? Mimo wszystko bardzo dobry. Nie udało się obronić tytuły w Singapurze, ale był występ w półfinale. 3 wygrane turnieje, w tym 1 rangi Premier Mandatory (Pekin), półfinał AO i Indian Wells oraz 2 mniejszych turniejów i - co równie ważne – brak kontuzji czy poważniejszych problemów ze zdrowiem. Za to poprawa serwisu i bardziej agresywna gra, do tego umiejętne wybieranie turniejów pod kątem optymalizacji obciążeń, czyli wzrost sportowej dojrzałości.

Wszystko to dobrze wróży na kolejny rok. Mam nadzieję, że za 12 miesięcy w podsumowaniu pojawi się wygrana w którymś ze Szlemów.

piątek, 4 listopada 2016

Mistrzyni Cibulkova, czyli tryumf woli



Podsumowanie damskiego mastersa kilka dni po finałach … Cóż, musiałem ochłonąć. Spodziewałem się, że Dominika Cibulkova może wyrzucić z imprezy Agnieszkę Radwańską, gdyby na nią trafiła, jednak że wygra całe zawody, nie przypuszczałem.

Najkrócej można to ująć za pomocą tytułu jednego z filmów propagandowych Leni Riefenstahl – tryumf woli. Bo przecież ani umiejętności tenisowe na jakimś kosmicznym poziomie, ani sprzyjające warunki fizyczne … Poza nogami – bardzo silne, sprężyste (niech mi jeszcze ktoś powie, że siła w tenisie nie idzie z nóg), do tego skrajne ADHD i odurzanie się zapachem piłek. Motywacja, wola zwycięstwa, osiągania coraz więcej, właśnie wbrew ograniczeniom technicznym czy fizycznym. To daje mniejsze sukcesy, z których bierze się wiara we własne możliwości, procentująca w takich chwilach jak finał wielkiej imprezy z Królową Sezonu, liderką rankingu, Angelique Kerber.

Tego zabrakło Agnieszce Radwańskiej dzień wcześniej. Tak, Kerber wyciągała piłki nieprawdopodobne, ale Radwańska wyglądała jak w półfinale Australian Open z Sereną Williams – całe jej ciało mówiło „fajnie, że tutaj jestem, ale przecież z nią nie dam rady”.

Sportowo poziom średni. Najmłodsze w stawce, Keys i Muguruza, odpadły już w pierwszej fazie i prezentowały się słabo, zwłaszcza Hiszpanka, która od dobrego roku w ogóle nie poprawiła i nie rozwinęła swojej gry; nadal umie 3 i pół uderzenia, za to piekielnie mocnego, co wystarcza, gdy jest w dobrej dyspozycji i szczęśliwie układa się drabinka. W przeciwnym razie niewiele z jej występów wynika; na myśl, że taka zawodniczka ma na koncie Wielkiego Szlema boli głowa. Fakt, że najstarsza uczestniczka rozgrywała najbardziej emocjonujące i najdłuższe mecze musi zawstydzać.

Tenis damski z całą pewnością przeżywa pewien kryzys. Stabilność formy i odpowiedni poziom techniczny prezentują zawodniczki starsze, młodsze stać na pojedyncze wystrzały w postaci jednego superturnieju lub cyklu w sezonie.

Nadal nie zmieniam przekonania, które znalazło się w tytule jednego z moich pierwszych postów na blogu – WTA jest jak tenis amatorski, ze wszystkimi swoimi słabościami technicznymi, niestabilnością, niepewnością formy i wyniku, przewagą często strony fizycznej. Wśród debiutantek bądź stosunkowo młodych tenisistek (do 23 lat) brak osobowości na miarę wielkich mistrzyń tej dyscypliny. I nie wydaje mi się, by w bliskiej perspektywie mogło się to zmienić.


wtorek, 12 lipca 2016

Kilka refleksji po tegorocznym Wimbledonie




Trudno powiedzieć, by tegoroczna edycja turnieju wimbledońskiego była jakaś wyjątkowa, no może poza pracującą środkową niedzielą.


Oczywiście nie znaczy to, że nie było niespodzianek. I od tego zacznijmy.

Największą było z pewnością odpadnięcie Novaka Djokovicia już w 3. rundzie, w dodatku z Samem Querreyem. Również szybkie, bo już w 2. rundzie pożegnanie się z turniejem wielkiej nadziei młodego pokolenia, Austriaka Dominica Thiema mogło zaskoczyć ekspertów. Podobnie zresztą jak ubiegłorocznej finalistki i zwyciężczyni z Paryża, Garbine Muguruzy, która poszła w ślady Angelique Kerber, przez 2 miesiące szukającej formy po pierwszym tryumfie w wielkim szlemie.

Dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką była gra Sereny Williams. Mimo dwóch tegorocznych finałów wielkoszlemowych uważam, że grała w tym roku bardzo przeciętnie. Natomiast w Londynie wróciła w wielkim stylu, zmotywowana, z radością z gry, Wielka Mistrzyni. Dorzuciła do tego kolejny po 4. latach tytuł w deblu z siostrą Venus, cały czas będąc liderem tej rozgrywki, głodna sukcesu jak nastolatka. 

Królowa jest tylko jedna

Przy okazji warto docenić wspaniały występ drugiej finałowej pary, Babos/Shvedova, obu ogromnie cieszących się z gry i stawiających naprawdę trudne warunki Amerykankom, dzięki czemu naprawdę było na co popatrzeć. Generalnie poziom damskich finałów z całą pewnością był wyższy niż męskich.

Yaroslava Shvedova po wyrzuceniu okularów wygląda wyraźnie korzystniej

Nie sposób nie wspomnieć tu również o singlowym osiągnięciu Venus, która ostatni raz w półfinale wielkiego szlema była w 2009 roku, zresztą również w Londynie (przegrała w finale z Sereną).

Bardzo fajnym akcentem było zaistnienie Marcusa Willisa, choć nie przesadzałbym z wyciąganiem z tego występu daleko idących wniosków. Być może sukces ten będzie  przełamaniem w jego karierze, ale równie dobrze może pozostać epizodem. Oczywiście trzymam kciuki, bo to piękna historia, jednak pamiętajmy, jak trudno zdobyć punkty i przedzierać się w rankingu, gdy jest się w 5. setce i w wysoko punktowanych turniejach wystąpić nie sposób.

Co może niepokoić, to niemal zupełne niepowodzenie zawodniczek i zawodników młodego pokolenia. Spójrzmy w metryki półfinalistów. Najmłodsza Angelique Kerber ma 28 lat! U panów nieco lepiej, bo Milos Raonic skończy w tym roku 26 lat, a Andy Murray ma jeszcze rok do trzydziestki. Pozostali mają trójkę z przodu. Gdzie ta młodzież? Zdarzy się czasem komuś rozegrać turniej życia i zniknąć na długie miesiące.

Na koniec nie może obyć się bez podsumowania występu reprezentantów Polski.

Agnieszce Radwańskiej przepowiadałem zdobycie tytułu na Wimbledonie. Niestety znowu się nie udało. Po szczęśliwie rozgrywanym pod dachem, ale przeciętnym meczu z Kozlovą oraz beznadziejnym z Konjuh, gdy zaczęła dobrze grać i pewnie pokonała Siniakovą, trafiła na swoje przekleństwo w turze, Dominikę Cibulkovą, którą wykończyła wprawdzie fizycznie, ale spotkanie przegrała. Paradoksalnie gdy zaczęła grać na bardzo dobrym poziomie, odpadła z turnieju. Gdy nadspodziewanie dobrze jak na nielubianą mączkę grała w Paryżu, odpadła zmuszona wskutek niezrozumiałych decyzji organizatorów do pojedynku w deszczu, i to w sytuacji, kiedy Serena nie grała swojego najlepszego tenisa. Teraz mecz życia rozegrała Słowaczka. Może Agnieszka ma po prostu pecha i tytuł wielkoszlemowy jej nie jest pisany? 

Na plus trzeba zaliczyć wzmocnioną psychikę, o czym świadczy jej pożegnanie się z rywalką - przeszła na jej stronę i serdecznie ją wyściskała. Wcześniej o takiej postawie moglibyśmy tylko pomarzyć. To z pewnością rokuje na przyszłość.

O występach pozostałych biało-czerwonych wiele dobrego powiedzieć się nie da. Paula Kania dzielnie przebiła się przez eliminację, ale odpadła w 1. rundzie z Samanthą Crowford, Magda Linette z kolei z Samanthą Stosur. Przekleństwo imienia, być może, lecz bardziej prawdopodobne wnosząc po wynikach (7:5 6:3 w obu spotkaniach) słabość psychiczna i nieumiejętność wygrywania najważniejszych punktów.

Niewiele lepiej było z juniorami. Polskę reprezentowali w turnieju głównym Iga Świątek, Kacper Żuk i Piotr Matuszewski oraz Wiktoria Kulik w kwalifikacjach. Niestety rozstawiona z 1. przegrała już w pierwszym meczu, podobnie Iga i Kacper. Najlepiej wypadł Matuszewski, który poległ w 3. rundzie. W deblu chłopcy zagrali 1 spotkanie, natomiast Iga dotarła do półfinału.

Cóż, wygląda na to, że nadal z łezką w oku będziemy wspominać edycję z 2013, gdy Łukasz Kubot dotarł do ćwierćfinału, a Jerzy Janowicz i Agnieszka Radwańska do półfinału imprezy. Póki co nie zapowiada się na jakiś przełom, a opowieści Janowicza Seniora o złotym medalu Jerzyka w Rio należy odnotować jako jedną z ciekawostek rozweselających ten nieciekawy polski tenisowy pejzaż.

Jednakowoż władze PZT mają się dobrze ...

środa, 15 czerwca 2016

Pauli Kanii pojedynek z ... amatorami


Paula Kania, polska tenisistka notowana ostatnio na 207. miejscu rankingu WTA, postanowiła zostać felietonistką. Szkoda. Na ogół jako zawodowiec (polonista) w stanie spoczynku przez grzeczność nie komentuję błędów językowych amatorów, ale ten kuriozalny tekst sprawił, że złamałem tym razem tę zasadę. Przy czym tak naprawdę nie warstwa językowa jest największym problemem, z jakim mamy do czynienia w tym przypadku, lecz zupełnie nieprofesjonalne i tak po ludzku niegrzeczne podejście do utrzymujących tenisowy biznes amatorów.

Punktem wyjścia felietonu jest uraza wywołana komentarzami kibiców grywających w tenis na temat zepsutych uderzeń. Zawodniczka nie może przeboleć, iż ktoś taki śmie zwrócić uwagę na błąd popełniony przy uderzeniu profesjonalistki. Pretensja ta prowadzi do absurdalnego wniosku, że tylko licencjonowany gracz może ocenić poprawność uderzenia. Niech to powie Nickowi Bolletieri czy Patrickowi Mouratoglou.

Dalej jest coraz lepiej. Ironiczny opis przysłowiowego Kowalskiego, rekreacyjnie uprawiającego tenis. Odpowiedni strój, dobrze dobrane buty i napój izotoniczny budzą uśmiech naszej wybitnej tenisistki. To mamy grać w dżinsowych gaciach, lakierkach i popijać coca-colę? Odkąd poważne podejście staje się zarzutem? Życzyłbym pani Pauli podobnego.

Świadomy wybór rakiety czy naciągu też się nie podoba. Nie gramy o stawkę, więc mamy używać drewnianych Polsportów z lat 80.? A uwaga o "(aż) dwóch" rakietach znajdujących się posiadaniu Kowalskiego nie dość, że przekracza granicę bezczelności, to jeszcze jest bardzo niespójna z wcześniejszymi wywodami - zadbaliśmy o sprzęt do gry i buty odpowiednie do nawierzchni: śmieszne, mamy tylko - jak wynika z kontekstu - dwie rakiety, też śmieszne. Trzeba się na coś zdecydować, proszę pani.

Po sprawdzeniu obecności wszystkich niezbędnych tenisiście przyborów, Kowalski zaczyna grę. Rozumiem, gdyby pani Paula napisała: Pomijając rozgrzewkę, Kowalski zaczyna grę. To faktycznie najczęstsza nasza amatorska przypadłość, którą warto dla naszego dobra wypominać. Ale czynienie zarzut kolejny raz z przygotowania do gry w postaci zaopatrzenia w niezbędne przybory nie nadaje się do rozsądnego komentarza. Na stronie ITF w krótkiej prezentacji tenisistka pisze, że lubi czytać książki. Najwyraźniej nie dotarła jeszcze do znanej Sztuki wygrywania w tenisie. Jak zwyciężyć w wojnie mentalnej na korcie Brada Gilberta, gdzie wymienia listę rzeczy, bez której nie wyrusza na kort. Lektura ta mogłaby okazać się przydatna również pod kątem wzmocnienia psychiki Pauli Kanii. Pamiętamy mecze reprezentacji w Fed Cup, gdy nie wykorzystywała piłek setowych czy meczowych, klnąc za to jak szewc.

Tak, czasem nasze zaangażowanie na korcie jest takie, jak by zależało od tego czyjeś życie. Zdarza nam się narzekać na kort, na piłki, rzucić mięsem. Ale nikt nam nie może, a przynajmniej nie powinien, zarzucać braku pasji, którą realizujemy mimo zmęczenia po całym dniu pracy, poświęcając dużo wolnego czasu i własnych pieniędzy. Radzimy sobie, jak umiemy, nie mamy sztabów szkoleniowych ani lekarskich, wsparcia związku, pieniędzy z reprezentacji. Ale mamy na tyle przyzwoitości, by nie przerywać treningu tylko po to, by popatrzeć z boku na kogoś radzącego sobie słabiej i się z niego pośmiać. Owszem, nieraz w dobrej wierze zirytujemy go jakąś wskazówką, bo może akurat jesteśmy trochę bardziej zaawansowani. I mimo piekielnie drogich biletów przychodzimy kibicować naszym zawodniczkom i zawodnikom, życząc im powodzenia.

Zupełnie nie rozumiem sensu takich tekstów pisanych przez profesjonalnych zawodników. Amatorzy wszędzie na świecie są oczkiem w głowie miejscowych federacji (pisałem o tym na blogu w kwietniowym poście Jak to robią w Niemczech? O popularyzacji tenisa), a jako kibicom okazują im szacunek największe nawet gwiazdy tej dyscypliny. Tutaj mamy, jak to się mówi, "małego zonka". Zawodowcom niektóre rzeczy po prostu nie uchodzą. I napisałbym to samo, gdyby chodziło o Agnieszkę Radwańską. Te 200 miejsc różnicy w rankingu nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.

I na koniec, z pewną życzliwością (a niech tam), rada językowa od zawodowca dla amatorki. Słowa "obecność" nie używamy tak jak we wspomnianym felietonie: Nierzadko w tym szerokim gronie ma obecność następująca sytuacja, i dalej: Po sprawdzeniu obecności wszystkich niezbędnych tenisiście przyborów. To są koszmarne zupełnie konstrukcje. Obecność odnosimy do ludzi, którzy się gdzieś znajdują lub funkcjonują w jakiejś dziedzinie (np. można sprawdzić listę obecności, można być obecnym w jakimś gronie lub nawet pięknym uderzeniem zaznaczyć swoją obecność na korcie, ale już np. szczoteczka do zębów nie jest obecna w łazience, lecz po prostu jest, znajduje się).

Mimo wszystko, ciężkich treningów i awansu do pierwszej setki, w imieniu kibiców i amatorów, życzę.


sobota, 11 czerwca 2016

Sprawa Marii Szarapowej




Maria Szarapowa została zdyskwalifikowana przez Międzynarodową Federację Tenisową (ITF) na dwa lata, licząc od 26. stycznia 2016. Gwiazda zapowiedziała odwołanie od tej decyzji, zyskując zaskakujące wsparcie ze strony sponsorów. Od razu przypomniała mi się scena z "Misia" Stanisława Barei, gdy Ryszard Ochódzki (działacz sportowy nomen omen) korzysta z milicyjnej toalety, a pilnujący będącego w sąsiedniej kabinie skazanego milicjant pyta: "Długo jeszcze będziecie siedzieć?", na co ten odpowiada zachrypniętym głosem: "Dwa lata. Ale będę apelował."

Momentalnie pojawiły się komentarze, opinie i oświadczenia, w których jedni uznają karę za zbyt surową, próbują relatywizować, inni mówią po prostu zero tolerancji. Spróbuję to jakoś uporządkować.

Jak działa meldonium, czyli specyfik stosowany przez rosyjską tenisistkę? Mówiąc w skrócie poprawia pracę układu oddechowego i sercowo-naczyniowego, a więc wytrzymałość. Wszyscy wiemy, co to znaczy w dzisiejszym tenisie - coraz dłuższe wymiany, coraz dłuższe mecze, sport coraz bardziej siłowy, coraz mniej finezyjny i techniczny. Takie wspomaganie jest nie do przecenienia. Po dwóch wyczerpujących setach rywalka przed decydującą partią ratuje się jakimś batonem energetycznym czy bananem, a Szarapowa dopiero wchodzi na obroty, ścierając pot z czoła.

Jak to z Marią było? Podobno 18-letnia tenisistka uskarżała się na jakieś dolegliwości, w związku z czym lekarz zalecił jej zażywanie różnych leków i suplementów. Wśród nich był mildronate z głównym składnikiem w postaci meldonium. Tyle że specyfik ten powinno się zażywać 4-6 tygodni, tymczasem ona łykała go przez 10 lat! Oczywiście robiła to legalnie, gdyż nie był na liście środków zakazanych, jednak można mieć wątpliwości co do strony etycznej tego postępowania. Podobnie jak w przypadku Marit Bjoergen i jej problemów z astmą padają pytania, czy osoba chora powinna wyczynowo uprawiać sport? I w konsekwencji - czy możemy wierzyć w jej wyjaśnienia.

A są one naprawdę kuriozalne. Przede wszystkim o przyjmowaniu meldonium miał nie wiedzieć jej sztab trenerski i medyczny. To samo w sobie jest niewiarygodne. Podobno jedyną świadomą tego osobą był niejaki Maks Eisenbud, wiceprezes agencji menedżerskiej reprezentującej interesy Szarapowej. Jak twierdzi, miał zwyczaj weryfikować listy substancji zakazanych na corocznych wakacjach na Karaibach, tym razem jednak się tam nie wybrał ze względu na rozwód. Tym sposobem nie zapoznał się z listą (sic!).

Z kolei sama zawodniczka wprawdzie dostała aż 5 maili ze stosowną informacją, ale ani razu nie zajrzała do załącznika. To wydaje się naturalne pod warunkiem, że dzwoni do kogoś ze sztabu i prosi o weryfikację listy. Tymczasem nic takiego nie następuje. Jest mail, jest lista, nie ma sprawdzenia! W zawodowym sporcie, na tym poziomie, przy takim szerokim zapleczu.

Całą sytuację tenisistka rozegrała naprawdę po mistrzowsku. Najpierw po pozorem kontuzji wycofała się z gry w kolejnych turniejach po AO, następnie sama postanowiła opowiedzieć kibicom za pośrednictwem mediów o całej sprawie, występując przed kamerami w bardzo skromnym, żałobnie czarnym stroju. Prezentowała postawę otwartości i współpracy. Liczyła zapewne na efekt współczucia i docenienie skruchy. To jednakże nie do końca się udało.

Za popełnione wykroczenie można maksymalnie dostać 4-letnie zawieszenie. W tym przypadku uznano, że zostało ono popełnione nieświadomie, więc kara jest krótsza o połowę. Mimo to zarówno Szarapową, jak i część komentatorów i sponsorów oceniła tę karę jako zbyt surową. Dlatego jest już zapowiedź odwołania od decyzji.

Mnie osobiście bardzo rozczarowuje postawa sponsorów, firm Head, Nike i Porsche, które kontestują orzeczony czas zawieszenia. Postaram się nie kupować ich produktów; tak wiem, Porsche się tym oświadczeniem nie musi martwić.

O wiele bliżej mi do firmy Tag Heuer, która nie zwlekając zerwała współpracę z Rosjanką. Również Roger Federer jest zdania, że za swoje czyny i błędy trzeba odpowiadać. "Dla mnie nie ma znaczenia, czy ktoś świadomie bierze doping, czy nie. Jeśli coś stosujesz, to musisz w 100 proc. znać wszystkie skutki i konsekwencje" - powiedział. Cóż, widocznie w Szwajcarii panują inne standardy.

Jaki będzie ostateczny wyrok, czy wygra biznes i marketing, czy może jednak duch sportowej walki, uczciwość i szacunek dla rywali, dowiemy się niebawem.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Nie będę płakał po Katowice Open



Z turniejem WTA Katowice Open mam prywatne porachunki, swoje męczarnie kibica opisywałem już na tym blogu w poście Kolejna edycja Katowice Open - wspomnienie udręczonego kibica sprzed roku. Jego upadek przewidywałem już rok temu, ale cudem udało się zorganizować jeszcze jedną edycję. Teraz impreza przenosi się do szwajcarskiego Biel, gdzie jako junior trenował Roger Federer, który właśnie otworzył ulicę swego imienia i rozpoczął symbolicznie budowę centrum tenisowego.

Porażkę turnieju w Katowicach można było przewidzieć dość łatwo. Po dwóch pierwszych latach wycofał się znaczący sponsor, bank BNP Paribas, a jak wiadomo bankowcy umieją liczyć i nie angażują się w ryzykowne przedsięwzięcia. Co innego samorząd. Dysponując cudzymi pieniędzmi zarząd Katowic postanowił co roku wydawać 1,5 mln złotych na drugoligowe w gruncie rzeczy rozgrywki, próbując wmówić mieszkańcom, że to promocja miasta. Poziom tej promocji najlepiej oddała żenująca uroczystość rozpoczęcia zawodów, kiedy rozdawano zawodniczkom obrzydliwe czarne poduszki z bezbarwnym, nietrafionym logo. Założę się, że większość z tych gadżetów została w hotelu lub nawet szatni.

Sama impreza budowana była w oparciu o prostą kalkulację - widząc miała przyciągnąć Agnieszka Radwańska. Jednak zawodniczka pojawiła się tylko 2 razy, zawsze docierając do półfinału. Tegoroczna nagła rezygnacja wiceliderki rankingu była na tyle wielkim ciosem, że sam prezydent miasta przerwał prywatną podróż i pofatygował się do Spodka, by namawiać gwiazdę do występu. Na nic się to jednak nie zdało i jedyne, co mógł zrobić, to dobrą minę do złej gry podczas konferencji prasowej. Śmiało można powiedzieć, że był to gwóźdź do trumny tej imprezy. Świecące pustkami trybuny obiektu dobitnie udowodniły, iż impreza z drogimi biletami, opresyjnym wobec kibiców regulaminem i drugorzędną obsadą nie może się udać.

Tymczasem sam organizator ma bardzo dobre samopoczucie, chwaląc się sukcesem, klęski zaś upatrując jedynie w okolicznościach zewnętrznych:

Turniej WTA Katowice Open 2016 okazał się dużym sukcesem sportowym, organizacyjnym, frekwencyjnym oraz medialnym. Nasze starania zostały docenione zarówno przez publiczność, jak i światową organizację Women’s Tennis Association, która w raporcie podsumowującym tegoroczną edycję wystawiła nam najwyższe noty. Od początku istnienia turnieju każda kolejna edycja cieszyła się coraz większą popularnością zarówno w kraju, jak i za granicą. W 2016 roku katowickie rozgrywki tenisowe można było obejrzeć w prawie 100 krajach świata, a na trybunach śledziło je 23 000 kibiców. (...) Niestety, otoczenie biznesowe w Polsce nie sprzyja rozwojowi tenisa na taką skalę. Polski rynek nie jest gotowy na duże inwestycje przy tak prestiżowej imprezie, dlatego trudno było nam rywalizować ze szwajcarską lokalizacją – silniejszą pod względem zaplecza finansowego. 

Ciekawe, ilu z tych kibiców kupiłoby bilet wiedząc o nieobecności Radwańskiej? I pamiętajmy, że organizator podaje liczbę zbiorczą osób, jakie przewinęły się przez turniej w ciągu całego tygodnia. Jak to wyglądało w praktyce, łatwo było zauważyć siedząc przed telewizorem. W pierwszych rundach brawa bili chyba sędziowie i pracownicy ochrony, żeby jakoś ratować pogrzebowy nastrój i wrażenie obecności kibiców.

Z kolei o sukcesie sportowym najlepiej świadczy pozycja w rankingu najwyżej notowanej uczestniczki zawodów - 31. Dla porównania można spojrzeć na drabinkę w rozgrywanym równocześnie turnieju w Charleston, gdzie z samej pierwszej trzydziestki zgłosiło się aż 10 zawodniczek.

Co wiemy o nowej lokalizacji turnieju? Biel to niewielkie szwajcarskie miasteczko, liczące ok. 52 000 mieszkańców. Do tej pory słynęło z najstarszego i najsilniej obsadzonego turnieju szachowego w tym kraju. Teraz władze postanowiły postawić na tenis, korzystając z tego, że w juniorskich czasach trenował tu sam Maestro Federer. Zorganizowały więc przyjemną uroczystość nazwania alei jego nazwiskiem, na której mistrz osobiście się pojawił, otwierając przy okazji budowę nowego centrum tenisowego.



Zapewne turniej w przyszłym roku odbędzie się właśnie na tych nowych obiektach. Być może bilety nie będą tańsze niż w Katowicach, za to w przeciwieństwie do zlikwidowanej imprezy na pewno zagości tu czołówka tenisistek, a kibice będą traktowani poważnie.

Na pewno nie będę płakał po WTA Katowice Open. Jedyne, czego mi żal, to wspaniałej orkiestry górniczej, jaka tradycyjnie żegnała najlepsze zawodniczki po zakończonym finale.





poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Polski zawodowy tenis kobiecy czyli zapaść



Po weekendowych rozgrywkach Fed Cup nasza tenisowa reprezentacja kobieca spadła do 3. ligi i dodatkowo na 18. miejsce w rankingu ITF. Można się pocieszyć, że to przecież nie najgorzej. Choćby w takim curlingu, który uprawia w Polsce pewnie z 200 osób, nasze panie na ichniejszej liście są 23.

Bardzo nie lubię takich chwil, gdy muszę powiedzieć "a nie mówiłem?". Po lutowym meczu z Amerykankami, decydującym o wpadnięciu do rozgrywek barażowych, napisałem na jednym z portali tenisowych:

W sumie Polki zaprezentowały się przeciętnie. Grały słabiej, nie umiały udźwignąć presji w najważniejszych momentach, miały kłopot z utrzymaniem odpowiedniej taktyki. Weekend ten uwypuklił również problem, na który zwraca uwagę wielu ekspertów - nie ma następczyń Agnieszki Radwańskiej i jeśli Polski Związek Tenisowy nie poszuka skutecznego sposobu na wspieranie młodych zawodniczek, niebawem próżno będziemy szukać naszych tenisistek w pierwszej setce rankingu. Patrząc na takie kraje jak Czechy czy Słowacja PZT powinien się wstydzić, zwłaszcza że w męskim tenisie nie jest lepiej, o czym już wkrótce pewnie przekonamy się w pojedynku Pucharu Davisa z Argentyną.

Panowie rzeczywiście przegrali z Argentyną. Reprezentował nas emeryt z 4. setki zestawienia ATP, Michał Przysiężny oraz jeszcze niżej sklasyfikowany debiutant Hubert Hurkacz. Ale o męskim tenisie innym razem.

Wróćmy do pań. Po losowaniu zarówno kibice, jak i eksperci myśleli, że chwyciliśmy Pana Boga za nogi. Bo przecież mogły być Belgijki, Słowaczki, czy chociażby Ukrainki, a tu proszę - reprezentantki Tajwanu. Rzeczywistość jednak okazała się mniej różowa.

Mecz z Chinkami znowu mógłbym podsumować tak jak w cytacie wyżej - że grały słabiej, nie radziły sobie z presją i stosowały fatalną taktykę. Po pierwszym przegranym meczu Paula Kania powiedziała na konferencji prasowej:

Planem było zmieniać jej rytm. Grać krótkie piłki, slajsy. Na każde moje zagranie moja rywalka miała jednak dobrą odpowiedź. Zagrała bardzo dobry mecz i nie mogę mieć do siebie żadnych zastrzeżeń.

Właśnie tak - żadnych zastrzeżeń! W ogóle nie biegała, slajsy były za krótkie i za wysokie, każdy był praktycznie wystawką do ataku, z której Tajwanka skwapliwie korzystała, a pani Paula nie umiejąc tego dostrzec przez ponad godzinę gry jeszcze nie widzi żadnego problemu. Gdyby wygraną przyznawać za liczbę fochów i przekleństw, to pewnie zmiotłaby rywalkę z kortu. Niestety póki co trzeba wygrywać punkty.

Do nietrafionej taktyki doszła zmora Kanii, widoczna już w meczu z Amerykankami, czyli bardzo słaba psychika. W pojedynku z Venus Williams objęła w 1. secie prowadzenie 5:4 i serwowała na wygranie partii. Zamiast zdobyć gema popełniła jednak w najważniejszym momencie 2 podwójne błędy serwisowe i było po zabawie. Tutaj w 2. pojedynku miała 2 piłki meczowe i też nie dała rady. Kiepsko to wygląda.

Na stronie ITF w krótkiej prezentacji pisze, że lubi czytać książki. Najwyraźniej nie dotarła jeszcze do kanonicznego dzieła, jakim jest Wewnętrzna gra: tenis W. Timothy Gallweya. Polecam. To oraz ciężki trening.

Łatwo oczywiście narzekać na biedną sosnowiczankę. Jednak tak naprawdę nie ma kto grać. Agnieszka Radwańska marzy tylko o tytule wielkoszlemowym i zbiera siły na Wimbledon. Magda Linette jest totalnie niestabilna, podobno ma też kontuzję. Z powodów zdrowotnych nie występuje też zawsze nieobliczalna Urszula Radwańska. Katarzyna Piter - szkoda gadać. Patrząc trzeźwo trzeba przyznać, że nasza kapitan, Klaudia Lans (przepraszam) Jans-Ignacik wybrała najlepiej, jak mogła. Pytanie, czy faktycznie zaleciła taką defensywną taktykę, jaką widzieliśmy w Inowrocławiu, czy też zawodniczki zagrały wbrew jej wskazówkom. Nie ulega wątpliwości, że punkty zdobywały grając ofensywnie, po uderzeniach agresywnych, zmieniając rytm i sposoby odbicia oraz biegając do każdej piłki. Czyli całkiem na odwrót.

Żal tylko kibiców, którzy wydali po kilkaset złotych, by zedrzeć gardła na darmo.


Jesteśmy więc w 3. lidze, do tego w olbrzymim kryzysie. Tymczasem Polski Związek Tenisowy nie traci dobrego samopoczucia: Fantastyczna atmosfera w inowrocławskiej hali, mnóstwo kibiców i nieustający doping oraz rewelacyjna Magdalena Fręch - możemy przeczytać na stronie internetowej PZT. Po prostu sukces. Gratulujemy.

środa, 6 kwietnia 2016

WTA jak tenis amatorski




Tytuł oczywiście jest prowokacyjny. Jednak trudno zaprzeczyć, że tenis amatorski ma przynajmniej jedną cechę wspólną z cyklem WTA - niedostatki techniczne nie muszą być przeszkodą w osiąganiu sukcesów.

Wielu spośród nas, amatorsko uprawiających tenis, zna tę sytuację. Długie godziny żmudnych treningów, nierzadko z "naszym drogim trenerem", szlifowanie poszczególnych uderzeń, powolna droga dochodzenia do jak największej technicznej sprawności, na końcu od dawna oczekiwany występ na turnieju. Dreszczyk emocji podczas losowania, potem chwila zadowolenia - tak, temu mogę dać radę.

W końcu jest - wywołują nas do gry. Rozgrzewka zgodnie z planem - stopniowe oswajanie się z kortem, z piłkami, wreszcie ocena przeciwnika. "Dobra nasza - myślisz sobie - on w ogóle nie umie grać. Forehand a la rewolwerowiec, krótko z biodra, bez zamachu, backhand slajsowany, piłka wolna, serwis szmaciasty. Biega szybko, ale przecież wolniej niż leci piłka." No i jeszcze oddał serwis po losowaniu.

Początek rozgrywki. Słabo rozgrzane plecy ("cóż mi po rozgrzewce, szkoda czasu") nie chcą się odpowiednio wyginać, po dwóch podwójnych błędach szybka strata gema otwarcia. W kolejnym gemie return nie chce wchodzić, a następna odsłona pod słońce błyskawicznie kończy się porażką. Tymczasem lekceważony przeciwnik nie taki znowu łatwy. Martwe piłki nie nadają się do ataku, krótkie zagrania z gasnącym kozłem kierowane pod nieprawdopodobnymi kątami zmuszają do ciągłej pracy na nogach, głębokie loby zniechęcają do biegania do siatki. Pierwsza partia przegrana do jednego. Nie tak miało być.

Drugi set. "Teraz ja" - myślisz sobie. "Przecież on nie umie grać. Zaraz mu pokażę." Kolejny przegrany gem otwarcia. Robi się coraz bardziej nerwowo. Zamiast o własnej grze myślisz o błędach stóp rywala, przy każdym serwisie wsuwającego się w kort niczym wąż, nieustannie sprawdzasz też ślady po piłce. Przy takim stanie umysłu ucieka koncentracja, ratują nas jedynie wyćwiczone, zakodowane odruchy. Jednak często do odwrócenia losów spotkania to za mało. Przegrywamy z teoretycznie słabszym przeciwnikiem, na pewno ustępującym nam techniką, ale walecznym, niewygodnym, pomysłowym, wybieganym.

Co się stało? Przegraliśmy w głowie, najpierw lekceważąc zawodnika po drugiej stronie siatki, potem nie umiejąc opanować nerwów. Okazuje się, że umiejętności techniczne mogą być przeceniane.

Amatorski tenis nieco przypomina pod tym względem profesjonalną rywalizację pań w ramach cyklu WTA. Przełamywanie się na przemian czy niedostatki techniczne najwyżej nawet klasyfikowanych zawodniczek to chleb powszedni kobiecego tenisa. Weźmy kilka pierwszych przykładów z brzegu. Serena Williams praktycznie nie używa woleja, Szarapowa nie umie smeczować, Muguruza stosuje tylko trzy i pół uderzenia - forehand, backhand i serwis oraz smecz (to liczę jako pół przez pokrewieństwo z serwisem). Dalej mamy dwie włoskie przyjaciółki, Robertę Vinci i Sarę Errani. Pierwsza unika normalnych uderzeń backhandowych, stale slajsując (podobnie jak wcześniej słynna Steffi Graf), druga serwuje jak juniorka. Z kolei Rumunka Niculescu slajsem zastępuje uderzenia forehandowe, doprowadzając rywalki do szału. Na deser Marion Bartoli, tryumfatorka Wimbledonu, z oburęcznym forehandem.


Liczy się więc skuteczność - chciałoby się powiedzieć. Być może w zawodowym sporcie tak. Jednak tam, gdzie nie liczą się pieniądze, warto zadbać o to, co w tenisie najpiękniejsze: o ciągłe doskonalenie stylu, techniki i charakteru, o sprawianie sobie drobnych przyjemności z coraz lepszych uderzeń, o satysfakcję z własnego postępu i przełamywania swoich słabości. Czy daje to gwarancję wygranej? Na pewno nie. Ale pozwala choć przez chwilę poczuć się szczęśliwym.

sobota, 2 kwietnia 2016

Maja Chwalińska - mówi Wam to coś? A powinno!



O Mai Chwalińskiej usłyszałem pierwszy raz jakieś 4 lata temu. Było to po kolejnym wyczerpującym sparingu z moim bratem, siedzieliśmy niemal nieżywi w szatni miejskiej hali sportowej w Dąbrowie Górniczej, gdy ten zagaił:

- Ostatnio miałem trening po takiej dziewczynce, mały skrzacik, chudziutkie nóżki, rakieta wielka jak maczuga. No i trener, rozumiesz, mnie pyta: Chce pana zagrać z Mają? Mówię: jasne, czemu nie. Co się tam działo - biega do wszystkiego, świetnie ułożona, cieszy się po każdym odbiciu. Bardzo fajna. Maja Chwalińska.

Kolejny raz o Mai usłyszałem również od brata:
- Maja Chwalińska, ta co to z nią odbijałem ze dwa lata temu, jedzie do Paryża na taki młodzieżowy turniej towarzyszący Roland Garros. Wygrała jakieś zawody i to jest nagroda.

Ten paryski turniej to oczywiście Longines Future Tennis Aces, impreza wyłaniającą naprzemiennie najlepszą tenisistkę lub tenisistę w wieku do 16 lat. Był rok 2014. Dzielna 13-latka, najmniejsza w stawce, dotarła do półfinału.

Maja w Paryżu z rywalkami (3 z prawej)


Paryż 2014 - po wygranej piłce

Tej zimy kolejne sukcesy. Dwa zwycięstwa w turniejach ITF do lat 18 (w Szczecinie i Hamburgu) nie mogą być dziełem przypadku. Świadczą o ogromnym talencie i pracowitości, zwłaszcza że mamy do czynienia z zawodniczką drobną, która nie zabija piłką na korcie, a wykorzystuje zwinność, technikę i inteligencję.

Niedawno Maja pojawiła się w porannym programie TVN, gdzie na tle zachowującego głupkowato Jarosława Kuźniara wypadła niezwykle dojrzale, opowiadając o swojej pasji, planach, godzeniu treningów ze szkołą.

Dzisiaj utalentowana 15-latka wystąpi w pierwszym w życiu turnieju WTA (Katowice Open). Zmierzy się w eliminacjach ze Słowaczką Danielą Handtuchową. Jej obecny ranking (180) może być mylący - najwyżej w karierze plasowała się na miejscu 5, ubiegły rok kończyła na 82. Ma też na koncie 7 turniejowych zwycięstw. Krótko mówiąc o zwycięstwo nie będzie łatwo.

Tymczasem o Mai na stronie kobiecej organizacji tenisowej nie ma nawet jej zdjęcia. Jest tylko nazwisko, data urodzenia i informacja o dotychczasowych zarobkach na zawodowych kortach - 68$. Szczerze jej życzę, by dzięki talentowi, którego jej nie brakuje, a także pracy i dojrzałości szybko się to zmieniło.

Na koniec recepta na sukces ze strony internetowej zawodniczki:

Staram się trenować mądrze i konkretnie, bo wiem, że na poziomie mistrzowskim nie jest tolerowana przeciętność, markowanie wysiłku i zadowalanie się mało ambitnymi celami.

Sentencję tę dedykuję starszym gwiazdom naszego tenisa.