Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Radwańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Radwańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Jestem Isia - czy warto przeczytać wywiad-rzekę z Agnieszką Radwańską?


Książka Jestem Isia, czyli wywiad-rzeka z naszą najlepszą tenisistką, Agnieszką Radwańską, przeprowadzony przez znanego z konfliktu z Jerzym Janowiczem Artura Rolaka, jest reklamowana jako nieprzeciętnie otwarta rozmowa stroniącej od mediów i skrytej do tej pory zawodniczki. Niestety, oprócz kilku wspomnień z wczesnego dzieciństwa i niepublikowanych zdjęć z prywatnego archiwum Radwańskiej nie dowiadujemy się w zasadzie niczego nowego.



Agnieszka Radwańska znakomitą tenisistką jest – to na początek, żeby uniknąć podejrzenia o jakąś zakamuflowaną niechęć wobec naszej bohaterki. Czarowanie na korcie, nieprawdopodobne czucie piłki, inteligencja to cechy jej gry, dzięki którym zawsze, gdy tylko mam okazję, oglądam jej pojedynki, kibicując z całych sił i zaklinając przeciwniczki do robienia podwójnych błędów serwisowych. Co innego książka.

Rozmowa przebiega gładko, czyta się to naprawdę dobrze, do tego sporo ilustracji. To na plus. Jednak niczego nie odkrywa i w sumie jest o niczym; ot, taka ciekawostka do pociągu.

Bo czyż sprzedawane tutaj jako wielkie tajemnice konflikt z ojcem czy okres akurat podczas meczu na olimpiadzie z Goerges kogoś trochę bardziej zainteresowanego zaskakują? O tym ostatnim niedwuznacznie dawał do zrozumienia już kilka lat temu Tomasz Wiktorowski. A w kłótniach z ojcem o coś przecież chodziło, czegoś wymagał od zawodniczki takiego, co wywoływało taki opór, że musieli się rozstać. Co to było? O to Rolak nie pyta, choć tak naprawdę właśnie to jest ciekawe. Łatwo zamknąć temat krótkim Ojciec ma ciężki charakter, trudniej zmusić rozmówczynię do zdradzenia istoty konfliktu. A może chodziło o różnice co do planu rozwoju, może o przełamanie blokady mentalnej, ograniczeń psychicznych, które nie pozwalają powalczyć z fizycznością czy jakością drugiego serwisu? A może o zanikającą powoli pasję i samozadowolenie z dotychczasowych osiągnięć? Jakże to wszystko interesujące, jakże chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej!

Nie jest to też książka o tenisie, tenis przewija się gdzieś w tle; nie dowiadujemy się, co jest takiego w tenisie, że warto się w nim zakochać, dlaczego tak wielu on tej miłości nie odwzajemnia, na czym polega jego trudność, jakie emocje i napięcia wywołuje w tenisistach; bohaterka równie dobrze mogłaby być kulomiotką. Tak naprawdę to nie wiem, czemu rozmawia z nią redaktor zajmujący się tą dyscypliną sportu; w sumie mogłaby ją przesłuchiwać choćby Alicja Resich-Modlińska, kto wie, czy nie wydobyłaby więcej.

Wbrew temu, co napisałem, z książki tej o Agnieszce Radwańskiej dowiedziałem się bardzo dużo, choć przeczytałem to raczej między wierszami. A mianowicie – Agnieszka Radwańska nie ma w sobie (już?) pasji. Być może zresztą nigdy nie miała, o to redaktor Rolak nie pyta. Mamy przed sobą osobę, która została tenisistką, bo tak chciał ojciec, a nie było planu B, doszła na szczyt ciężko pracując i kosztem wielu poświęceń, ale już raczej się nie rozwinie, bo organizm się buntuje, silniejsza już nie będzie, a nad drugim serwisem wprawdzie pracuje, lecz nic nie poradzi, że niewiele z tego wynika. Od swojego teamu wymaga solidności i dobrej atmosfery, ale chyba niekoniecznie mocnego kopa, by zrobić ten ostatni wysiłek, powalczyć z fizycznością oraz poprawić poszczególne elementy gry, aby zdobyć tytuł wielkoszlemowy.

Rozmowy do książki trwały do kwietnia. Pada w niej takie symptomatyczne zdanie, że nastolatki dziś nie mają czego szukać w Wielkim Szlemie, bo decydujące jest tutaj doświadczenie i młode tenisistki mogą wygrywać najwyżej małe turnieje. Miesiąc później 20-letnia Ostapenko wygrała French Open, 2 miesiące później 23-letnia Muguruza do tytułu w Paryżu dorzuciła zwycięstwo w Londynie, 3 miesiące później 23-lenia Switolina wzbogaciła się o  3. tytuł Premier Series w tym roku. Jasne, nie są to w ścisłym znaczeniu nastolatki, ale z pewnością młode dziewczyny z niezbyt jeszcze bogatym doświadczeniem. Za to z siłą woli, wiarą w siebie i pasją wygrywania.

Pani Agnieszce życzę tego samego. Oczywiście może uznać, że moje uwagi są nie na miejscu, bo jak mówi w pewnym momencie, krytycy sami najpierw powinni spróbować wystąpić na dużym turnieju, a potem się przemądrzać. Argument z gruntu fałszywy, bo przecież nie trzeba być pisarzem, żeby znać się na literaturze czy kompozytorem, żeby znać się na muzyce. No i moja sympatia jest nieustannie po jej stronie.


Mimo wszystkich niedoskonałości książki Rolaka i Radwańskiej (w tym 1 błędu ortograficznego, ale to już obciąża korektę) warto po nią sięgnąć; 4 godziny to nie jakaś wielka inwestycja czasowa, a cena znośna. Do tego bardzo wysoki poziom edytorski i sporo zdjęć. Jeśli jednak ktoś liczy na jakąś głębię, która pozwoli mu lepiej zrozumieć tenis, niech lepiej poczyta Brada Gilberta.

poniedziałek, 1 maja 2017

Tydzień 17., czyli kolejny strzał w 10. Rafy Nadala



Post ten można by zacząć identycznie jak podsumowanie ubiegłego tygodnia – kolejny niebywały sukces Rafy Nadala, 10. tytuł w turnieju w Barcelonie. Czy tak samo będę zaczynał post 12. czerwca, po finale Rolanda Garrosa? Innym wydarzeniem tygodnia stał się kontrowersyjny powrót Marii Szarapowej; w przeciętnym stylu dotarła do półfinału w Stuttgarcie.

Hiszpan już dawno przeszedł do historii tenisa. Mimo to wciąż jest głodny sukcesów. Nazywany Królem Mączki śrubuje kolejne rekordy, nawiązując do najlepszych lat swojej kariery. Czy forma nie przyszła jednak za wcześnie? Dowiemy się za 6 tygodni.

Barcelona to miejsce szczególne. Tutaj kort centralny nosi imię Rafaela Nadala. Nieczęsto zdarza się, by plac gry nazywano imieniem żyjącego tenisisty, jak Rod Laver czy Margaret Court; tym bardziej wciąż czynnego zawodnika. To zaszczyt i zobowiązanie. Właśnie na tym korcie wyraźnie pokonał w finale Dominica Thiema. Austriak w półfinale pokonał lidera rankingu Andy Murraya, podobno – wg samego Brytyjczyka – ze względu na wiatr. Murrayowi pozostanie nieco satysfakcji z udanego rewanżu nad Albertem Ramosem-Vinolasem za ubiegłotygodniową porażkę w Monte Carlo.

W stolicy Katalonii miał grać również Jerzy Janowicz, jednak jak pamiętamy zrezygnował na wieść o konieczności przebijania się przez kwalifikacje. Nie wyruszył też do równolegle rozgrywanego turnieju w Budapeszcie, ale zaplanował udział w imprezie ATP 250 w Monachium. Niestety odpadł bardzo szybko, bo w II rundzie kwalifikacji. Podobno rozważa teraz występ w eliminacjach do turnieju „Masters 1000” w Madrycie lub w challengerze w Aix en Provence. Osobiście doradzałbym challengery, by wejść w rytm meczowy i powoli odbudowywać pewność siebie oraz ranking. Na razie w każdym razie trudno być co do niego optymistą przed zbliżającym się French Open.

Drogą challengerową, ciułając punkty m.in. w 3 turniejach tej rangi, podążał w tym sezonie finalista Hungarian Open, Brytyjczyk Aljaz Bedene, który do drabinki głównej przebijał się przez kwalifikacje. W ostatnim meczu turnieju przegrał z Francuzem Lucasem Pouille, najwyżej rozstawionym zawodnikiem imprezy.

Również najwyżej rozstawiona wygrała turniej w Stambule. Ukrainka Elina Svitolina pokonała w finale Belgijkę Elise Mertens, zdobywając 3. w tym roku i 7. w karierze tytuł singlowy. Jej ranking ma obecnie nr 12. Całkiem nieźle jak na 22-latkę. Zmiana pokoleniowa? Zobaczymy.

Warto dodać, że kolejną, już 6. porażkę w I rundzie zaliczyła Eugenie Bouchard. Podobno nadal odczuwa skutki uderzenia w głowę podczas US Open … 2015.

Tydzień 17. to również moment kontrowersyjnego powrotu Marii Szarapowej. Jak wiadomo, otrzymała ona dziką kartę do turnieju w Stuttgarcie, co wywołało powszechne oburzenie w tenisowym świecie, w każdym razie w tej jego części, która nie mówi po rosyjsku. Zawodniczka wykorzystała swoją szansę, dochodząc do półfinału, gdzie zmierzyła się z Kristiną Mladenović. Stawką tego meczu była przepustka do eliminacji French Open; przegrana oznacza, że Rosjanka musi czekać na łaskę organizatorów, którzy mogą ją wkręcić nawet do drabinki głównej. Decyzja ma zostać ogłoszona w połowie maja.

Co wiemy o formie Szarapowej po powrocie? Wbrew zachwytom wielu ekspertów moim zdaniem nie pokazała nic wielkiego. Grała trochę jak ambitna nowicjuszka, dużo ryzykując, grając zerojedynkowo – mocne uderzenie, by szybko skończyć wymianę na zasadzie albo się uda trafić albo nie. Bardzo dobrze funkcjonował serwis, gorzej backhand, zwłaszcza z dobiegu, z formą fizyczną też nie najlepiej, biegała bardzo ciężko, łapiąc zadyszkę; chyba faktycznie odstawiła meldonium. Rosjanka nie wykorzystała przerwy na uzupełnienie braków w technice, nadal w ogóle nie smeczuje, unika woleja. No i po staremu wrzeszczy przy każdym odbiciu.

Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy udział w zawodach Agnieszki Radwańskiej. Przegrała w I rundzie z Makarową.


A Ana Ivanović fotografuje się z pudłami; przeprowadzka trwa w najlepsze.

środa, 19 kwietnia 2017

Tydzień 15., czyli trochę niespodzianek



15. tydzień rozgrywek przyniósł sporą niespodziankę w postaci zwyciężczyni nowego turnieju w Biel (jak ci Czesi to robią?) oraz 1. tytuł Borny Coricia. Dla nas bez szaleństw – Magdalena Linette zrobiła, co musiała i nic więcej, potwierdzając przy okazji wszystkie słabości, jakie ją ograniczają, a Magdalena Fręch zaliczyła półfinał turnieju ITF w Stambule (60 000 $). Agnieszka Radwańska podpisała umowę na promocję marki Lotos i udzieliła paru wywiadów.

Magdalena Linette wykonała absolutne minimum, docierając do ćwierćfinału turnieju w Bogocie. O obsadzie imprezy najlepiej świadczy fakt, że została 5. rozstawioną. Dlatego wyeliminowaniem 175. wówczas na świecie Nadii Podoroskiej i 146. Elicy Kostowej trudno się szczególnie ekscytować. Natomiast porażka z kwalifikowaną na 93. miejscu młodą Hiszpanką Sarą Sorribes Tormo ujawniła wszystkie opisywane przeze mnie niemal co tydzień słabości poznanianki. Przede wszystkim nieraz już obserwowany brak koncentracji na początku seta (pamiętacie Charleston i pościg z 0:4 za Putincewą?), który oznacza szybkie uzyskiwanie przewagi przez rywalki i w efekcie bardzo kosztowną dla bilansu energetycznego pogoń. Tym razem w 1. secie odrabiała straty z 1:5, ostatecznie przegrywając do 4. Podobnie było w kolejnym secie, gdzie dała się dwukrotnie przełamać na początku, tyle że sama też odpowiedziała jednym breakiem i wygrała 2. partię 6:4. W 3. secie znowu – ze stanu 0:3 do 5:3, potem jednak nie umiała wyserwować zwycięstwa i poległa w tie-breaku, również prowadząc 5:3. Do braku koncentracji dochodzi niepewność i dość monotonna gra z końcowej linii, mimo niezłych umiejętności wolejowych. Linette to tenisistka z potencjałem, silna, waleczna, ale niezbędna jest zmiana trenera, i to pilnie, zwłaszcza że po wizycie szkoleniowca na korcie lubi przegrać gema!

Oddajmy jej jednak nieco sprawiedliwości i doceńmy, że przynajmniej w deblu dotarła do finału.

Sam turniej zakończył się niemałą niespodzianką. Otóż zaskakująco wygrała weteranka światowych kortów, 37-letnia Francesca Schiavone, pokonując w finale 6:4 7:5 Larę Arruabarrenę. Włoszce wcześniej odmówiono dzikiej karty do eliminacji imprezy na Foro Italico w Rzymie, twierdząc, że trzeba promować młodszych. No i chyba szkoda, bo okazuje się, że mogłaby pokazać jeszcze kawał dobrego tenisa. Zwłaszcza, gdy dziką kartę do turnieju głównego otrzymała zawieszona za doping Szarapowa.

Nie mniejszą niespodzianką zakończył się debiutujący w cyklu WTA turniej w szwajcarskim Biel, następca Katowice Open (pisałem o nim w poście O turnieju w Biel, następcy Katowice Open). Wygrała bowiem 17-letnia Czeszka, Marketa Vondrousowa po zaciętym finale z Estonką Anett Kontaveit (6:4 7:6[6]). Tegoroczne wyniki nastolatki z niewielkiego Sokolova robią wrażenie. Dzięki 40 wygranym (przy 4 porażkach) meczom awansowała najpierw z 420. na 233. miejsce w rankingu WTA, a po podbiciu Biel uplasuje się na pozycji 117. Osiągnęła to skutecznymi występami w turniejach niższej rangi, na dodatek poza jednym wyjazdem do Australii grała w Europie. Jest to zupełnie inny model niż naszych zawodniczek, które pętają się po całym świecie, przywożąc po parę punktów, czasem jak Paula Kania porywając się na nieudane występy w kwalifikacjach do zawodów rangi International.

Chciałoby się przy tej okazji spytać, jak ci Czesi to robią? Mając jako kraj znacznie mniejszy potencjał niż my w samym Biel mieli w ćwierćfinale 3 reprezentantki!

Pierwszy w karierze tytuł zdobył także o wiele badziej znany Borna Corić. Dokonał tego na mączce w Marakeszu, zwyciężając w finale z Philipem Kohlschreiberem 5:7 7:6(5) 7:5. Po raz kolejny pokazał niezwykłą waleczność i wiarę w zwycięstwo, odrabiając straty i broniąc 5 meczboli. W nagrodę wrócił do TOP50 rankingu (49).

Panowie walczyli też w Houston, gdzie tryumfował reprezentant gospodarzy, Steve Johnson. Zwycięstwo nie było łatwe, po drodze pokonał Dustina Browna, Fernando Verdasco i Jacka Socka. W finale ograł zaś Brazylijczyka Thomaza Belluciego w morderczym pojedynku 5:7 6:4 6:2. Jak potem wspominał, ledwo przetrwał fizycznie to spotkanie, zwłaszcza że na turniej przybył bezpośrednio z Australii z rozgrywek Pucharu Davisa.

Spoza sportowych aren. Agnieszka Radwańska podpisała umowę na promowanie marki Lotos.

Pojawił się też nowy kandydat na prezesa PZT. Jest nim dotychczasowy członek zarządu, Maciej Stańczuk. Od razu sformułował 2 zapowiedzi – wprowadzenie korporacyjnego modelu zarządzania oraz zintegrowanie skonfliktowanego środowiska. Osobiście podchodzę z rezerwą ludzi, którzy mając wpływ na organizację, zapowiadają, że zrobią coś dopiero w kolejnym rozdaniu. To co nie pozwalało zrobić tego wcześniej? I co zmieni się za 2 miesiące, że będzie to możliwe?

Tymczasem Ana Ivanović złożyła wszystkim jakże chrześcijańskie życzenia - Hristos vaskrse! No to tym razem się spisała.




wtorek, 28 marca 2017

Tydzień 12., czyli Roger nadal na fali



W minionym tygodniu niewiele dobrego działo się w polskim tenisie – porażki Radwańskiej i Linette oraz tradycyjne napady szału Janowicza, czyli jak zawsze to co zawsze. Przetrwać na plusie pomagał już zwyczajowo Łukasz Kubot w deblu. Wraz ze zbliżającymi się wyborami coraz ciekawiej się za to robi wokół Polskiego Związku Tenisowego, gdzie pachnie smakowitym procesem z dużą kasą w tle. Promykiem słońca była Niedziela z Tenisem w Dąbrowie Górniczej, z przesympatyczną Mają Chwalińską w roli głównej.  

Trwa kolejny wielki turniej – Miami. Magdalena Linette nie wykorzystała drugiej szansy i po przedostaniu się do imprezy bocznymi drzwiami (jako Lucky Looser), przegrała od razu w I rundzie z Chorwatką Ajlą Tomljanovic, powtarzając do znudzenia ten sam scenariusz – zacięta walka w 3 setach, niewykorzystane sytuacje przy schematycznej grze, opartej o mocne uderzenie z linii końcowej. Za ten brak urozmaicenia i zdecydowania po raz kolejny wysoko zapłaciła. Zatem powtórzę jak mantrę – potrzeba nowego trenera, i to pilnie.

Z kolei Agnieszka Radwańska bez szans w starciu w III rundzie z bezkompromisową Mirjaną Lucić-Baroni. Jeśli ktoś uderza tak mocno i celnie, to faktycznie niewiele można zrobić, zwłaszcza jeśli nie wywiera się presji własnym podaniem. Oczywiście domorośli fachowcy postawili już na Pani Isi krzyżyk, tak jak by można było cały rok, w każdym turnieju grać znakomicie. Warto pamiętać, że 2 lata temu też w 1. półroczu była nędza, a skończyło się tryumfem w Singapurze. Najśmieszniejsze jest to, że mamy 1 tenisistkę światowego formatu, która o lat utrzymuje się na szczycie i odnosi niemałe sukcesy i zamiast pytać, gdzie są kolejne, to narzekamy, że ta jedna nie wygrywa cały czas. Kiedyś tak było z Adamem Małyszem – wielka euforia przeplatana pytaniami o koniec kariery, podczas gdy tylko on spośród naszych zawodników osiągał jakieś wyniki. Nikt nie pytał, kiedy wreszcie Robert Mateja zacznie regularnie kwalifikować się do konkursów, tylko wszyscy że „Małysz zajął 10. Miejsce”. Historia skoków pokazuje też, jak bardzo brakuje pieniędzy na wspieranie rozwoju tenisa – gdy na bazie sukcesów osamotnionego Małysza znaleziono sponsora i stworzono porządny system szkoleniowy, pojawiło się wielu znakomitych skoczków i zostaliśmy najlepszą drużyną świata. Tymczasem PZT skupia się na sobie, pieniądze gdzieś znikają, a działacze kurczowo trzymają się stołków; ale o tym za chwilę.

Tymczasem Miami potwierdza dobrą formę Venus Williams i Caroline Wozniacki, przebudziły się też Angelique Kerber i Simona Halep.

W ubiegłym tygodniu występował również Jerzy Janowicz, a mianowicie w challengerze w Guadalajarze. Sportowo wynik niezły, doszedł do półfinału, gdzie uległ uzdolnionemu Kanadyjczykowi Szapovałowi, i te 29 punktów na pewno się przyda. Niestety znowu nie zapanował nad nerwami, pokłócił się z sędzią, dostał karę i przegrał mecz. Z mojego amatorskiego doświadczenia wynika, że spór o punkty zawsze kończy się stratą kilku gemów i generalnie nie warto. Trzeba znać też miarę. Jak się nie jest kimś formatu Johna McEnroe, który – jak wspomina Brad Gilbert – był w stanie wykłócić z powrotem stracony punkt, to lepiej skupić się na grze, a nie na „sprawiedliwym” sędziowaniu.

Tymczasem 1. liga gra tak jak panie w Miami. Podobnie jak w Indian Wells świetnie grają Federer, Wawrinka, Nadal, Sock i Kyrgios. Fachowcy prześcigają się w przepowiadaniu kolejnego zwycięstwa tego pierwszego.

Wróćmy na własne podwórko, do naszego tenisowego (pół)światka. Wspominałem tydzień temu o gorączkowym przygotowaniach do zebrania sprawozdawczo-wyborczego i ostrych słowach Roberta Radwańskiego („Wystarczy nie kraść”). Pan Robert wspiera w tym wyścigu Mirosława Skrzypczyńskiego, zamierzającego (któryż to z kolei?) odnowić związek i służyć z całych sił polskiemu tenisowi. Obecnym władzom zarzuca przede wszystkim podejrzane gospodarowanie pieniędzmi. W związku z tym PZT wezwało go do natychmiastowego zaprzestania naruszania dóbr osobistych Związku, w tym w szczególności dobrego imienia, wiarygodności, wizerunku i renomy PZT oraz do usunięcia skutków tych naruszeń (ładne, prawda?), w razie odmowy strasząc wystąpieniem na ścieżkę sądową. Jakoś tak bardziej przeczuwam niż wiem, że może on niestety mieć rację. Oj, będzie się działo.

O wiele sympatyczniejsze wydarzenie miało miejsce w Dąbrowie Górniczej, gdzie na miejskiej hali sportowej nasza wielka nadzieja tenisa, ale przede wszystkim niezwykle sympatyczna dziewczyna, Maja Chwalińska, wzięła udział w zajęciach z dziećmi. Zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości Kolegi, który zamieścił je na swoim koncie na portalu społecznościowym.




Tymczasem Ana Ivanović wędruje po górach, wyjeżdża nad morze, biega po imprezach …

poniedziałek, 13 marca 2017

Tydzień 10., czyli jednak srixon



Ubiegły tydzień upłynął dość sennie, w poważnym tenisie odbywały się jedynie eliminacje i pierwsze mecze Indian Wells, czyli jak chcą niektórzy - piątej lewy Wielkiego Szlema. Sympatyków i ekspertów najbardziej poruszała kwestia, jaką rakietę wybierze Agnieszka Radwańska. Nie milkną też echa przyspieszonego powrotu i ulgowego traktowania Marii Szarapowej. Warta szczególnego podkreślenia jest jednak postawa Serhija Stachowskiego, potępiającego niszczenie polskich pomników pamięci na Ukrainie.

Z turniejem w bardzo upalnej w tym roku Kalifornii zdążyła się już pożegnać Magdalena Linette. Przebrnęła kwalifikacje i pierwszą rundę, odpadając w kolejnej z Karoliną Woźniacką. Tradycyjnie już nie rozumiem euforii polskich dziennikarzy, że niby pokazała się z dobrej strony, rozegrała dobre mecze i należą się jej brawa. Otóż nie. Fajnie, była w turnieju głównym, wygrała pewnie w I rundzie z równorzędną przeciwniczką (Taylor Townsend), ale spotkanie z Dunką obnażyło jej wszystkie słabości - grała bardzo schematycznie, była niecierpliwa i zupełnie nie wyczuwała zamiarów przeciwniczki, przez co była ciągle w niedoczasie; przy tym tempie i kierunkach spóźnienie o pół sekundy powoduje, że przy pierwszej takiej piłce ratuje się życie, ledwie ją przebijając na drugą stronę, a przy kolejnej już się tylko macha rakietą, bez szans na uratowanie punktu. Stąd tradycyjny apel - trzeba zmienić trenera, i to pilnie!

Kolejna nasza reprezentantka, Agnieszka Radwańska, w I rundzie miała wolny los, w II zmierzyła się z młodą Hiszpanką, 105. w rankingu Sarą Sorribes Tormo. Przez cały tydzień o wiele bardziej niż sam pojedynek elektryzowała wszystkich kwestia doboru sprzętu. Z jakąż rakietą wyjdzie na kort Radwańska? - krzyczały nagłówki; zwłaszcza że ukazało się zdjęcie z treningu ze starym dobrym babolatem w ręku. Na meczu jednak zaprezentowała się ze srixonem, tyle że innym niż zwykle; do złudzenia przypominał poprzednią rakietę Magdaleny Linette; może to ta sama?

Samo spotkanie było przeciętne, wyraźnie zniecierpliwiona Polka nie mogła doczekać się ostatniej piłki. Hiszpanka wprawdzie utrudniała jej życie, ale sama siła nie okazała się wystarczająca. Dała się za to zapamiętać ze sposobu serwowania. Marion Bartoli robiła to dziwacznie, na określenie serwisu Sorribes Tormo brakuje mi słowa.

Wśród singlistów nie występuje niestety żaden Polak. Pojawiła się za to pierwsza duża niespodzianka - w II rundzie odpadł Andy Murray, przegrywając z wracającym Vaskiem Pospiszilem. Jak zwykle nagłówki typu "Lider przegrywa z kwalifikantem" były tyleż sensacyjne, co mylące, bo przecież Kanadyjczyk to nie byle kto, był już 25. w rankingu i najwyraźniej ma ochotę na rychłe odzyskanie pozycji. No, ale dziennikarze chcą nabijać frekwencję i wymyślają cuda, byle tylko kolejny naiwny czytelnik kliknął na artykuł.

Wspominałem już o niepochlebnych na ogół opiniach tenisistek i tenisistów nt ułatwień w postaci dzikich kart do dużych turniejów dla Marii Szarapowej. Tym razem do chóru dołączyła Karolina Woźniacka, wprost krytykując takie praktyki.

Sporą odwagą wykazał się ukraiński zawodnik, Serhij Stachowski, zdecydowanie (i po polsku) reagując na barbarzyńskie niszczenie pomników polskiej pamięci w okręg lwowskim. Szacun.


Tymczasem Ana Ivanović pochwaliła się malowniczym obrazkiem z codziennego spaceru. Wszyscy chcieliby tam z nią być.


poniedziałek, 27 lutego 2017

Tydzień 8., czyli Janowicz powraca




W ubiegłym tygodniu trochę się działo na kortach z udziałem naszych zawodników. Panie wprawdzie nie mają się czym pochwalić, za to Jerzy Janowicz powoli odbudowuje formę i ranking.

JJ bardzo udanie zaprezentował się w challengerze w Bergamo, zdobywając 6. w karierze tytuł w zawodach tej rangi. Co najważniejsze zarobił też 90 punktów w klasyfikacji ATP, dzięki czemu awansował na 186. miejsce w rankingu. Z radości rundę honorową pod flagą biało-czerwoną wykonał na motorowerze. 



Przed nim kolejny challenger, tym razem we Wrocławiu. Trzymamy kciuki.

Gorzej było z Polkami. Agnieszka Radwańska odpadła w III rundzie turnieju kategorii Premier 5 w Dubaju. Pokonała ją 17-letnia CiCi Bellis, grająca odważnie, bezkompromisowo, agresywnie w ataku i z dużą determinacją w obronie. Radwańska nie była w stanie wydłużyć piłki, co świetnie wykorzystywała rywalka, posyłając raz za razem celną bombę na drugą stronę siatki.

Z kolei na I rundzie zakończyła udział w turnieju w Budapeszcie Magdalena Linette. Przegrała tam w 3. setach z Lucie Safarovą, tradycyjnie po długiej i wyczerpującej walce. Nieco zadziwiły mnie komentarze po tym spotkaniu, gdzie mimo przegranej podkreślano bardzo dobry występ Polki. Jak wiadomo w tenisie nie ma ani remisów ani punktów za wrażenie artystyczne i mecz trzeba po prostu wygrać. Tymczasem nasze reprezentantka nie umie tego zrobić od początku sezonu, za to zawsze walczy z wielką determinacją, osiągając nawet przewagi punktowe. Sprawdźmy jej wyniki - Auckland 2:6 6:4 4:6, Sydney 6:3 3:6 5:7, AO 4:6 5:7, Taipei 3:6 7:5 4:6, Budapeszt 0:6 7:5 6:7(4). Wszystko to tylko potwierdza moją po raz kolejny już powtarzaną diagnozę, że potrzebna jest zmiana trenera, i to pilna.

Teraz Linette wystąpi w słabo obsadzonym turnieju w Kuala Lumpur, gdzie na dzień dobry zmierzy się z dysponującą dziką kartą Ukrainką Katariną Zavatską. Okupuje ona póki co 630. pozycję rankingową i jeśli z nią się Polce nie uda wygrać, to już nie wiem, na kogo musiałaby trafić. Dla zobrazowania pozycji Ukrainki - jest to mniej więcej poziom naszej utalentowanej juniorki, Mai Chwalińskiej (662). Tak czy śmak przewiduję kolejne męczarnie, mam nadzieję, że z happy endem. W sumie po dosyć szczęśliwym losowaniu mogłaby dojść do III rundy.

Dwie Polki wystąpiły jeszcze w kwalifikacjach do tych zawodów, odpadając jednak II (Urszula Radwańska) i I rundzie (Paula Kania).

Tymczasem we wspomnianym na początku Dubaju zwyciężyła młoda Ukrainka Elina Svitolina, po drodze już 2. raz w tym sezonie pokonując Angelique Kerber. Co ciekawe, jest to pierwsza zawodniczka w tym roku, która ma na koncie więcej niż jedno zwycięstwo w turnieju WTA. Najważniejsze jednak dla niej samej jest to, że dzięki temu - jako 1. Ukrainka - zadebiutuje w 1. dziesiątce rankingu.

W Budapeszcie pogromczyni Magdaleny Linette doszła aż do finału, gdzie przegrała z faworytką gospodarzy Timeą Babos, która dzięki temu mogła świętować 2. tytuł WTA w karierze.

Panowie rozgrywali 3 turnieje. Jeden z nich odbywał się we francuskiej Marsylii, gdzie podobnie jak 2 tygodnie temu Montpellier zaroiło się od tenisistów francuskich, z których znowu 3. dotarło aż do półfinału. Tym razem jednak wygrał 1 z nich, Jo-Wilfried Tsonga, pokonując w finale rodaka, Lucasa Pouille. Premią za to zwycięstwo jest awans do pierwszej dziesiątki rankingu, na miejsce 7. Tym samym historyczny pobyt Davida Goffina w Top10 zakończył się po tygodniu.

W Delray Beach mieli zagrać w finale Miloś Raonić z Jackiem Sockiem. Niestety Kanadyjczyk nabawił się kontuzji i oddał mecz walkowerem. Tym samym Sock zdobył swój 2. tytuł w sezonie. Warto odnotować, że była to 1. w tym roku impreza, na której pojawił się Juan-Martin del Potro. Sympatyczny Argentyńczyk pokazał się z bardzo dobrej strony, przegrywając dopiero z półfinale z Raoniciem.

Z kolei turniej w Rio de Janeiro zdominował Dominic Thiem, wygrywając po meczu z Hiszpanem Pablo Carreno. Sam Hiszpan o mało nie zakończył swej przygody w Rio rundę wcześniej, gdzie omal nie przegrał z rewelacją imprezy, młodziutkim Norwegiem Casperem Ruudem. Temu ostatniemu dało to gigantyczny awans o 75 pozycji na miejsce 133. Tym samym jest coraz bliżej występu bez kwalifikacji w swoim pierwszym turnieju wielkoszlemowym.


Tymczasem Ana Ivanović wyznała, że zaraz po wstaniu pije świeżą wodę z limonką lub cytryną. Wspaniale.

niedziela, 22 stycznia 2017

Tydzień 3., czyli klęski faworytów na półmetku AO



Miesiąc temu, w grudniowym wpisie na blogu pytałem, czy Novak Djoković w nowym sezonie pójdzie na dno (Czy Novak Djokovic w nowym sezonie pójdzie na dno?). I oto już w II rundzie Australian Open znalazł się za burtą. Nie oznacza to oczywiście od razu spełnienia moich przewidywań, jeszcze jest na powierzchni, ale na pewno jest to bardzo zimna kąpiel.

Wnet okazało się, że porażka Nole ze 117. w rankingu Istominem to nie koniec niespodzianek. Z zawodników pierwszej dziesiątki rankingu odpadli już bowiem lider Andy Murray (z archaicznie grającym w stylu serve & volley Mischą Zverevem), Kei Nishikori i Tomas Berdych (z wracającym do formy Federerem) oraz Marin Cilić (z Danielem Evansem).

Oczywiście nadal w grze pozostaje wielu znakomitych zawodników i prawdopodobne wydają się pary półfinałowe Federer/Wawrinka i Raonić/Thiem. Choć nie lekceważyłbym także Bułgara Dimitrova, potwierdzającego powrót do najwyższej dyspozycji (pisałem o tym 2 tygodnie temu). Zobaczymy.

U pań rzecz jasna najbardziej zmartwiła mnie (nas?) szybka porażka w II rundzie Agnieszki Radwańskiej, która przegrała z - chciałoby się powiedzieć emerytką - Lucić-Baroni po dosyć kiepskim występie. Tak że moje przewidywania ćwierćfinału się nie sprawdziły. Zgodnie z oczekiwaniem odpadła również błyskawicznie w pierwszym meczu Magdalena Linette. Powtarzam - zmiana trenera potrzebna od zaraz!

Również w damskiej rywalizacji nie brakuje niespodzianek. Poza naszą panią Isią pożegnały się z turniejem liderka rankingu Angelique Kerber (po słabym spotkaniu w IV rundzie z Coco Vandeweghe), już w I rundzie Simona Halep (z Shelby Rogers), Dominika Cibulkova (z Ekateriną Makarovą) i Svetlana Kuznetsova (z rodaczką Anastazją Pawluczenkową). W ramach ciekawostki warto może odnotować, że Pawluczenkowa przynosi w tej edycji AO pecha głównie swoim rodaczkom, jak dotąd wyeliminowała bowiem 3 inne Rosjanki i Ukrainkę.

Bardzo dobrze trzyma się prawdziwa weteranka, Venus Williams. Cały czas słaniając się na nogach dotarła już do ćwierćfinału, gdzie zmierzy się właśnie ze wspomnianą Rosjanką. Jeżeli jakimś cudem przeżyje jej bombardowanie, a następnie mecz z Vandeweghe lub Muguruzą, ma szansę po raz kolejny spotkać się w finale z siostrą, która musi wcześniej ograć Czeszkę Strycową i - prawdopodobnie Johannę Kontę (to może nie być takie łatwe).

A jak idzie młodym gniewnym paniom, wygrywającym styczniowe turnieje? Siniakova odpadła w I rundzie z Goerges, podobnie Lauren Davis (z Samanthą Crawford), Elise Mertens w ogóle nie wystąpiła w singlu. Chyba jednak wieści o zmianie pokoleniowej były przedwczesne.

Z polskich akcentów pozostał nam tylko Łukasz Kubot w deblu. Reprezentujący Polskę juniorzy też już pożegnali się z turniejem.


Na koniec tradycyjnie już Ana Ivanović. Po pobycie na nartach udała się do Nowego Jorku, gdzie dała się sfotografować w Central Parku. Fani szaleją.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Tydzień 2., czyli kolejny finał pani Isi


Drugi tydzień sezonu upłynął pod znakiem sprawdzianów formy przed pierwszym w roku turniejem wielkoszlemowym. Okazało się, że nadal nic nie wiadomo.


Nas oczywiście najbardziej interesuje dyspozycja polskich tenisistów, którzy za chwilę pojawią się na kortach w Melbourne. I tak Agnieszka Radwańska nie zawiodła docierając do finału dobrze obsadzonego turnieju w Sydney. Tu poległa dopiero ze świetnie dysponowaną tego dnia Johanną Kontą. Sukces odniosła również Eugenie Bouchard; w przeciwieństwie do ubiegłego roku urodziwa Kanadyjka dobrze zaprezentowała się na korcie osiągając półfinał, a nie tylko w mediach społecznościowych. Warto odnotować porażkę Angelique Kerber już w pierwszym spotkaniu.

Sydney to również turniej ATP, choć niższej rangi niż WTA. Stąd i słabsza obsada. Wygrał Gilles Muller, ogrywając w 2 setach Brytyjczyka Evansa.

Równolegle panowie grali w nowozelandzkim Auckland, znanym z silnych podmuchów wiatru na korcie. Tutaj tryumfował Amerykanin Jack Sock, pokonując w 3. setach Joao Sousę. Ciekawsza dla nas była rywalizacja deblowa, której zwycięzcą został Marcin Matkowski w parze z Pakistańczykiem Aisimem-Ul-Haq Qureshim. W finale pokonali izraelsko-amerykański duet Johnathan Erlich - Scott Lipsky 1:6, 6:2, 10-3. Dla popularnego Matki jest to już 18. tytuł w karierze.

Po zawodach Polak podkreślał znakomitą współpracę na korcie z Qureshim. Być może trochę teraz żałuje, że wskutek wcześniejszych zobowiązań w Australian Open wystąpi z Jerzym Janowiczem. Łodzianin tymczasem, po odpadnięciu w eliminacjach do Auckland, miał zaplanowany tydzień spokojnych treningów. Planu jednak nie zrealizował w 100 procentach. Udało mu się bowiem wystąpić w pokazowym turnieju Kooyong Classic, rozgrywanym tradycyjnie w Melbourne w przededniu AO. Występ był bardzo dobry, ponieważ Jerzy zdołał wygrać 2 mecze, pokonując Tommy Hasse'a i Yoshito Nishiokę. Miejmy nadzieję, że te wygrane pomogą mu odbudować pewność siebie, bez której nie ma co marzyć o powrocie na wysokie miejsca rankingowe. Warto wspomnieć, że impreza ta, wygrana tym razem przez Dawida Goffina (w finale pokonał Ivo Karlovicia), może pochwalić się całkiem bogatą tradycją. Wystarczy wymienić wśród jej zwycięzców takich tenisistów jak Lleyton Hewitt, Andy Rodick, Andre Agassi, Pete Sampras, Michael Chang czy Roger Federer.

Wróćmy na chwilę do pań, które rywalizowały też na Tasmanii, w Hobart. Tutaj także obsada nie zachwycała, natomiast kolejny raz w tym roku tryumfowała przedstawicielka młodego pokolenia, 21-letnia Belgijka Elise Mertens, zajmująca przed turniejem 82. pozycję w rankingu WTA. Po drodze pokonała rozstawione Kristinę Mladenović, Kiki Bertens i - w finale - arcyniewygodną Rumunkę Monicę Niculescu. Zobaczymy, jak pójdzie damskiej młodzieży w Australian Open, czy uda się jej utrzymać sukcesy z pierwszych 2 tygodni sezonu.

Jeśli idzie o AO, to oczywiście najbardziej interesują nas występy Polaków. Gdy ukazuje się ten materiał wiemy już, że Jerzy Janowicz po kolejnym pechowym losowaniu rozstał się już z turniejem, przegrywając w 5. setach z Marinem Ciliciem. Na swoje szanse czekają Agnieszka Radwańska i Magda Linette. Pierwszej wróżę co najmniej ćwierćfinał, druga na początek trafiła na rywalkę z własnej ligi, Mandy Minellę. Jeśli po raz kolejny nie straci głowy, to awansuje do II rundy, gdzie może trafić na Jelenę Wiesniną, która nie wiadomo, w jakiej jest formie, bo przegrała w tym sezonie oba mecze otwarcia. Przypuszczam jednak, że nasza zawodniczka na tym etapie zakończy udział w imprezie.

Co do naszych pozostałych zawodników możemy cieszyć się z wygranej Kamila Majchrzaka we futuresie w tureckiej Antalyi. Impreza może nie najwyższej rangi, ale zwycięstwo tym cenniejsze, że na nawierzchni twardej, na jakiej rozgrywa się obecnie większość turniejów i na której piotrkowianin nie czuł się do tej pory zbyt pewnie.

Z kolei u pań warto odnotować ogłoszenie składu na Puchar Federacji w Tallinie. Klaudia Jans-Ignacik postanowiła zabrać na te spotkania koleżanki, czyli Magdalenę Linette, Paulę Kanię, Katarzynę Piter i Magdalenę Fręch; jako rezerwowa pojawi się utalentowana juniorka Iga Świątek. Gramy z Austrią i Gruzją; może to wystarczy?

Na koniec tradycyjnie Ana Ivanović. Okazuje się, że wizyta u ginekologa to nie jedyna jej aktywność. Dołączyła bowiem jako partner i ambasador marki do firmy PlaySight, dostarczającej na korty profesjonalną technologię wspomagającą doskonalenie umiejętności tenisowych w oparciu o zapisy wideo i mocno rozbudowane statystyki. Jeśli ktoś chciałby taki system obejrzeć na własne oczy, to najbliższy jest w Hanowerze. Zapraszam.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Tydzień 1., czyli srixon


Niniejszy wpis inauguruje serię podsumowań tygodnia, która będzie się w poniedziałki pojawiać na moim blogu. W pierwszym wpisie bohaterem tygodnia musiał być Srixon.

Bohater tygodnia - srixon Agnieszki Radwańskiej

Nazwa tej marki, jak dotąd bardziej znanej z produkcji sprzętu do golfa, na początku minionego tygodnia zelektryzowała fanów Agnieszki Radwańskiej. Po wieloletniej współpracy z Babolatem nagle pojawiła się na korcie wyposażona w rakietę srixon. Nie poprzedziła tego ani zapowiedź producenta, ani samej zawodniczki, tak że pojawiło się mnóstwo spekulacji, w których przebił wszystkich Wojciech Fibak, twierdząc że to ten sam babolat, tyle że przemalowany na srixona. Z kolei inni specjaliści obarczyli nową rakietę odpowiedzialnością za odpadnięcie pani Agnieszki w ćwierćfinale turnieju w Shenzhen, gdzie broniła mistrzostwa, a nawet za odcisk na palcu.

Kolejną niespodzianką ze strony naszej najlepszej tenisistki było pojawienie się na korcie w przerwach meczu trenera, a konkretnie Dawida Celta. Jest to obrazek od dawna w jej przypadku niespotykany. Podobno sam Celt, jak wiadomo prywatnie narzeczony, ma odtąd na niektórych turniejach zastępować pierwszego trenera, Tomasza Wiktorowskiego. Zobaczymy, jak to będzie.

Teraz wraz ze swoim nowym sprzętem nasza zawodniczka przenosi się do Sydney, będącym ostatnim sprawdzianem przed Australian Open.

Pozostali Polacy nie przebili się na czołówki serwisów sportowych, a to za sprawą kiepskich występów. Magda Linette zaliczyła dwie szybkie porażki w eliminacjach do turniejów w Auckland i Sydney, Jerzy Janowicz odpadł w II rundzie eliminacji w Auckland, po raz kolejny czynem zaprzeczając przesadzonym pogłoskom o swoim doskonałym serwisie. Mimo to oboje zanotowali awans w rankingu, odpowiednio na 93. i 278. pozycję.

W ramach ciekawostki warto odnotować pierwszy deblowy występ Mariusza Fyrstenberga z Andym Murrayem u boku, przegrany w Doha w niecałą godzinę 2:6, 4:6.

Murrayowi, mogącemu się pochwalić świeżo nabytym tytułem szlachecki, o wiele lepiej poszło w singlu. Tutaj zameldował się w finale i po wspaniałej walce uległ Novakowi Djokoviciowi w 3 setach. Nole pojawił się z nowym trenerem, Serbem Dusanem Vemiciem; klasa Borisa Beckera to to nie jest. Zabrakło też Pepe Imaza ze swoim Peace and Love, być może dlatego Novak wykazał się walecznością i wygrał, łamiąc w chwili słabości rakietę. Z pewnością jednak 4 zepsute smecze nie świadczą o szczycie formy.

Być może wraca za to do najwyższej formy Grigor Dimitrov, który wygrał bardzo dobrze obsadzony turniej w Brisbane, zwyciężając po drodze z Thiemem, Raoniciem i Nishikorim. Da mu to awans o 2 oczka na 15. pozycję rankingu i perspektywę powrotu do najlepszej dziesiątki. Z kolei w Chennai wygrał Roberto Bautista-Agut.

Jeśli idzie o panie, to o Shenzhen już wspominałem - Agnieszka Radwańska nie obroniła tytułu, za to dosyć niespodziewanie wygrała całą imprezę 52. w rankingu Katerina Siniakova, pokonując po drodze Simonę Halep, Johannę Kontę i - w finale - Alison Riske. Czeszka urodziła się 10.05. (zupełnie jak ja!) 1996, ma więc niespełna 21 lat. Może więc chociaż u pań idzie nowe, warto obserwować jej karierę.

Z kolei w damskiej odsłonie zawodów w Brisbane tryumfowała Karolina Pliskova i samo to pewnie nie jest wielką niespodzianką. Za to pewnym zaskoczeniem jest znakomity występ drugiej finalistki, Alize Cornet, która wyeliminowała wcześniej Cibulkovą i Muguruzę. Dla porządku trzeba odnotować, że w ćwierćfinale odpadła z Ukrainką Svitoliną liderka rankingi, Angelique Kerber.

Bardzo ciekawie było również w Auckland. Najpierw już w II rundzie odpadła Serena Williams, wywołując przy tym niemały skandal, obciążając za słaby wynik wiatr i uznając panujące tam warunki za najgorsze, w jakich grała. Witana jak królowa, żegnana bez żalu i chyba z urazem, który nie wróży zaproszenia w przyszłym roku. Być może usprawiedliwiają ją okoliczności spoza kortu, czyli zaręczyny z wirtualnym przedsiębiorcą, Alexisem Ohanianem. Skoro udało jej się zaskoczyć tym faktem media, to niewykluczone, że zaskoczyła również samą siebie i nie umie się teraz z tego wyplątać.

Wraz z siostrą odpadła również uskarżająca się na kontuzję Venus, zachowując jednak wszelkie konwenanse. Sportowo rywalizacja potoczyła się bardzo ciekawie, tu również pojawił się powiew młodości. Do półfinału trafiły aż 3 młode zawodniczki - 19-letnia Konjuh, 20-letnia Ostapenko i 23-letnia Davis. Tytuł zdobyła ta ostatnia, ogrywając Chorwatkę w 2 setach.

Kolejna refleksja przy tej okazji dotyczy naszej Magdy Linette - chwali się ona na prawo i lewo, że Ana Konjuh to jej najlepsza przyjaciółka w tourze, że razem trenują i spędzają wolny czas; szkoda, że nie spyta ją w wolnej chwili, jak to zrobić, by naprawdę chcieć wygrać kolejny mecz, by naprawdę chcieć coś osiągnąć. Po raz kolejny to powtórzę - Linette potrzebuje nowego trenera, i to pilnie.

Pierwszy tydzień nowego sezonu za nami. W WTA - być może - wieje wiatr odnowy, w ATP - bez zmian.


Na koniec ploteczka – Ana Ivanović, która nagle ogłosiła koniec kariery, odwiedziła ginekologa; ten nie popisał się dyskrecją i momentalnie zamieścił selfie na instagramie. Zdjęcie już zniknęło, ale internauci wiedzą swoje – Serbka spodziewa się dziecka.

czwartek, 17 listopada 2016

Agnieszka Radwańska - podsumowanie sezonu 2016



Agnieszka Radwańska spokojenie regeneruje się w Zakopanem, a my tymczasem podsumujmy mijający sezon w jej wykonaniu. Zajrzyjmy przy tym do prognoz, jakie snułem niemal rok temu na łamach jednego z internetowych portali.

Zastanawiałem się wówczas, jakie popularna Pani Isia ma szansę na upragnionego Wielkiego Szlema. W Australian Open Radwańska wypada na ogół dobrze - cztery ćwierćfinały w karierze i jeden półfinał to dobre wyniki. (…) warto trzymać kciuki za sukces, ale raczej nie spodziewałbym się zwycięstwa w Melbourne – pisałem. Okazało się, że miałem rację – kolejny półfinał to z pewnością bardzo dobry wynik, ale jednak nie zwycięstwo. Moim zdaniem finał był bardzo realny, jednak nasza zawodniczka wyszła na mecz z Sereną Williams bez wiary w sukces. Solidna gra na korcie i fatalna w sferze mentalnej. Tak się z amerykańską tenisistką nie wygra.

Przejdźmy do kolejnej imprezy. French Open. Nie ma wiele do pisania. Musiałby stać się cud. Tak zaczynałem wówczas swe rozważania. Muszę przyznać, że z coraz większym zdumieniem obserwowałem poczynania pani Agnieszki w Paryżu. W bardzo dobrej dyspozycji tenisowej i mentalnej, świetnie przygotowana fizycznie, ruchliwa, zmotywowana. Niestety. W sporcie trzeba mieć też trochę szczęścia. Gdy była na najlepszej drodze do zwycięstwa z Cwietaną Pironkovą (6:2, 3:0) spadł deszcz, po dwudniowej przerwie zaś na wilgotnym korcie, w siąpiącym deszczu, grając mokrymi piłkami nie była w stanie skorzystać ze swoich największych atutów i została pokonana w kolejnych dwóch – również przerywanych – setach do 3. Komiczne były przechwałki Bułgarki po meczu: Stwierdziłam, że muszę być bardziej agresywna, i świetnie się to sprawdziło – mówiła, choć każdy widz zauważył, że było dokładnie odwrotnie: kiedy atakowała w pierwszej fazie spotkania traciła punkty, kiedy czekała na błędy umęczonej Radwańskiej, zyskiwała. A tych było sporo, bo finezyjne zagrania w takich warunkach po prostu nie mogą się udać. To wie każdy amator, który choć raz grał na ledwo wyschniętym korcie czy w czasie mżawki.

Co do Wimbledonu niestety się pomyliłem. Radwańska grała na początku słabo, a jak już zaczęła wchodzić na swój poziom, w morderczej walce poległa z Cibulkovą, która zresztą w kolejnym meczu gładko odpadła, myślami będąc już chyba w katedrze św. Marcina w Bratysławie, gdzie za kilka dni miała brać ślub.
Bo raczej nie Nowy Jork. Tam mimo twardej nawierzchni nie osiągała nigdy więcej niż czwartą rundę – to znowu z tekstu sprzed roku. Niestety, słowa te okazały się prorocze, po niezłym meczu z Aną Konjuh nasza zawodniczka zakończyła występ ponownie na 4. rundzie.

Warto w tym miejscu jeszcze raz sięgnąć do przywoływanych już rozważań. Pojawił się tam bowiem następujący akapit: Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z karierą naszej reprezentantki. Wszystkie jej przeciwniczki, zwłaszcza o znacznie niższym rankingu, wychodzą na spotkanie z nią jakoś szczególnie zmotywowane, jakby z myślą, że tę drobinkę to koniecznie muszą pokonać, a wieści o jej technice, waleczności i szybkości są przesadzone. Wystarczy wspomnieć choćby półfinały z Sabiną Lisicki w Londynie czy z Dominiką Cibulkovą w Melbourne. Obie panie natarły z całych sił na Radwańską, by w finale przegrać gładko i bez historii. Powtórka z rozrywki, z tą różnicą, że tym razem zajmująca wówczas miejsce pod koniec 2. dziesiątki Cibulkova nie odeszła w niebyt, a wygrała rywalizację w Singapurze, notując największy sukces w karierze (pisałem o tym w poście Mistrzyni Cibulkova, czyli tryumf woli). Tym razem na listę wpisały się Pironkova i Konjuh.

Jaki był więc ten sezon dla Agnieszki Radwańskiej? Mimo wszystko bardzo dobry. Nie udało się obronić tytuły w Singapurze, ale był występ w półfinale. 3 wygrane turnieje, w tym 1 rangi Premier Mandatory (Pekin), półfinał AO i Indian Wells oraz 2 mniejszych turniejów i - co równie ważne – brak kontuzji czy poważniejszych problemów ze zdrowiem. Za to poprawa serwisu i bardziej agresywna gra, do tego umiejętne wybieranie turniejów pod kątem optymalizacji obciążeń, czyli wzrost sportowej dojrzałości.

Wszystko to dobrze wróży na kolejny rok. Mam nadzieję, że za 12 miesięcy w podsumowaniu pojawi się wygrana w którymś ze Szlemów.

środa, 14 września 2016

US Open 2016 - subiektywne podsumowanie




Ostatni turniej wielkoszlemowy w 2016 mamy za sobą. I o ile tegoroczny Roland Garros przebiegał pod hasłem „deszcz”, to US Open pod hasłem „krecz”. W tym roku na Flashing Meadows rozgrywano też spotkania w kategorii najdziwniejsze mecze świata; zwycięzcą został Gael Monfils.

Kontuzje przetrzebiły najbardziej drabinkę męską - już w I rundzie zrezygnowali z gry Dołgopołow, Kohlschreiber i Coric, u kobiet zaś Madison Brengle. W kolejnych odsłonach żegnali się w ten sposób z turniejem Czech Vesely, Nick Kyrgios, Michaił Jużny, Dominic  Thiem i Jo-Wilfried Tsonga; co ciekawe, największym beneficjentem tych niedyspozycji stał się Novak Djokovic, rozgrywając przed niedzielnym finałem tylko 3 całe mecze z przewidzianych 6.

Do tej listy warto dorzucić jeszcze przedziwne przerywanie meczów przez Kontę i Cibulkovą, które nic z tego ni z owego urządziły sobie plażę w środku gema, kładąc się na korcie w celu przezwyciężenia jakichś dolegliwości. Efekt w obu przypadkach był taki sam - wybicie z uderzenia przeciwniczek i wygranie spotkań.

Wygląda na to, że władze tenisowe dostały kolejny poważny sygnał, by pochylić się nad jakąś reformą rozgrywek, tak by zmniejszyć obciążenia zawodników w meczu i sezonie oraz - co nie bez znaczenia - uczynić spotkania bardziej przewidywalne pod względem czasu trwania. Eksperci podpowiadają wiele rozwiązań, nieraz bardzo radykalnych, jak odejście od podziału na gemy (rozgrywano by jakąś ustaloną liczbę punktów w secie). Wydaje się, że już znacznie mniej rewolucyjne pomysły typu zaliczanie serwisów zahaczających o siatkę jako ważnych czy rezygnacja z zasady rozgrywania gema do 2 punktów przewagi mogłoby pomóc. W turniejach zaś wielkoszlemowych skopiowanie nowojorskiej zasady tie-breaka w 5. secie.

Obyło się za to bez sensacji, choć można odnotować kilka niespodzianek, jak przegrana w I rundzie Goffina z Amerykaninem Donaldsonem, czy Tomica z Bośniakiem Dzumhurem, w II zaś rundzie Raonicia z Harrisonem czy Muguruzy z Sevastovą. Nie zaskakuje w kontekście ostatnich dokonań porażka już w I rundzie półfinalistki Rolanda Garrossa Kiki Bertens (zresztą z Anją Konjuh). Na tym etapie rozgrywki zakończyła również mistrzyni olimpijska, Monica Puig.

Wśród fajnych zdarzeń na pewno warto zapisać bardzo dobrą grą Edmunda (przegrana dopiero w IV rundzie z Djokoviciem) czy Lucasa Pouille (QF, wygrana w znakomitym stylu z Nadalem w IV rundzie). Generalnie jednak trzeba przyznać, że tenisowa młodzież wciąż nie daje rady ze starymi mistrzami, co jest jakimś fenomenem.

Pozytywnie odbieram również powrót do formy, oby na dłużej przesympatycznej Karoliny Wozniacki, która dotarła aż do półfinału oraz kolejne dobre występy weteranek, sióstr Williams i Roberty Vinci.

Ale prawdziwym wyciskaczem łez okazał się ćwierćfinał z udziałem Juana Martina del Potro. Wprawdzie przegrał on z fizyczną słabością i bezlitosnym Wawrinką, ale przed ostatnim gemem amerykańska publiczność zgotowała mu taką owację, że się pobeczał. Niemniej cieszy jego powrót, oby tym razem na dłużej.

Niespodziewanie dla wszystkich okazało się, że w tym roku na Flashing Meadows rozgrywano też spotkania w kategorii najdziwniejsze mecze świata. Tym razem wygrał nieoceniony Gael Monfils meczem półfinałowym z Novakiem Djokoviciem. Francuz przy dobrej grze w poprzednich meczach i słabszej w tym roku dyspozycji Serba miał niepowtarzalną okazję na pierwsze w karierze zwycięstwo nad tym przeciwnikiem oraz swój pierwszy wielkoszlemowy finał. Niestety, po szybkiej stracie 5. gemów wpadł na pomysł wybicia rywala z rytmu nietypowym stylem gry. Ustawiał się do returnu w korcie, przebijał tylko przystawiając rakietę, oddając bardzo słabe i niewygodne piłki, do których nie są przyzwyczajeni zawodnicy na tym poziomie. Robił to na tyle skutecznie, że zbity z pantałyku lider rankingu psuł zagranie za zagraniem i musiał oddać 3 gemy, zanim zakończył pierwszą partię, w dodatku broniąc break pointa.

W rozgrywkach amatorskich w popularnych ostatnio ligach tenisowych, gdzie króluje gra defensywna i mało kto umie poprawnie odbić piłkę, byłby okrzyknięty mistrzem taktyki i zapewne okupowałby wysokie miejsca rankingowe. Jednak w świecie prawdziwego tenisa niewiele w ten sposób zdziałał i jedynego wygranego seta wywalczył wracając do stylu, jaki prezentował w poprzednich spotkaniach. Trzeba przyznać, że obaj zawodnicy w 3. secie pokazali całą serię przecudownych zagrań. Tym bardziej żal Monfilsa, który przy talencie na miarę Federera przez umiłowanie zabawy zamiast zdobywania kolejnych gemów, nieproporcjonalnie mało w swojej karierze osiągnął.

Finały zarówno męskie, jak i żeńskie trudno uznać za wielkie niespodzianki. W sumie to naturalne, że występują w nich zawodnicy nr 1 i 3 w rankingu ATP oraz nr 2 w WTA. Niespodzianka była blisko w spotkaniu damskim, gdy Pliskova prowadziła z przewagą przełamania w 3. secie, jednak zawiodła głowa, Czeszka jakby przestraszyła się życiowej szansy i ostatecznie poległa.

Mimo że nie przepadam za grą Kerber, to prywatnie jestem zadowolony, że oboje zwycięzcy - podobnie jak ja - reprezentują team Yonex.

Na koniec krótkie podsumowanie występów polskich singlistów.

Dobrze zaprezentował się Jerzy Janowicz. Brakło trochę sił i pewności siebie oraz ogrania, by pokonać Djokovicia.

Beznadziejnie Magda Linette. Poznanianka od 2 lat nie poczyniła praktycznie żadnego postępu i wydaje się, że mentalnie zadowoliła się pozycją w 1. setce. Irytujące podnoszenie palca przy każdym niemal aucie Cibulkovej, znane z zawodów amatorskich, gdy rywale nawzajem sobie sędziują, wyglądało trochę jak upewnianie przeciwniczki, że faktycznie był aut, tak jak by mogła mieć o to pretensję. W moim odczuciu gest ten świadczy o braku mentalności zwycięscy; Cibulkova po wygranej piłce przeciwnie - pobudzała się, uderzała po udach, zaciskała pięści. Jeśli Linette nie zdecyduje się szybko na zmianę trenera, nic nie osiągnie.

Wreszcie Agnieszka Radwańska. W sumie trudno się przyczepić, IV runda to niezły wynik, jednak w zestawieniu z ambicjami Pani Isi oraz oczekiwaniami kibiców nieco rozczarowuje. Stało się jednak to, o czym pisałem na blogu w tekście Agnieszki Radwańskiej szanse na Wielkiego Szlema - młodsza pretendentka, z nienajwyższym rankingiem, widząc Radwańską naciera z całych sił, rozgrywa mecz życia eliminując faworytkę, po czym odpada w kolejnej rundzie, niewiele osiągając również w dalszej karierze. Tak było choćby z Lisicką, Cibulkovą, Goerges, ostatnio z Saisai Zheng i Konjuh, z której dziwnym trafem w meczu z Pliskovą uleciała ambicja, wola walki, umiejętność serwowania.

Na kolejną szansę trzeba więc czekać do stycznia. Trzymam kciuki.