Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amator. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2016

Czy warto grać z trenerem?



Jeden z czytelników zwrócił mi uwagę, że w niedawnym wpisie nt kosztów związanych z regularną grą w tenis pominąłem wydatki na trenera. Zrobiłem to celowo. Najpierw bowiem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy warto.

Zacznę od banału - tenis jest trudną techniczną grą. Niełatwo opanować poprawne uderzenia, tak by w powtarzalny sposób prezentować je na korcie. Te stwierdzenia w prosty sposób prowadzą nas do wniosku, że trener jest konieczny. Ale czy na pewno?

Sam znam osobę, która bardzo przyzwoicie nauczyła się grać korzystając z internetu. Wiele razy też ulegałem zawodnikom nie mającym pojęcia o poprawnym prowadzeniu rakiety, znającym instruktorów tylko z widzenia. Czasem nietypowy sposób uderzenia staje się atutem. Beckhand slajsowany, podcinki, bardzo słabe piłki o niskim koźle, obronne zagrania pozbawione zamachu, nieustanne balony, wszystko to sprawia, że gra agresywna staje się niemożliwa. Na drugą stronę oddajemy więc łatwe piłki, które nie robią krzywdy przeciwnikowi, co więcej, na ogół jest on świetnym biegaczem, wszystko wraca, a my zaczynamy psuć.

Wówczas może pojawić się frustracja. Bo jak to - facet gra brzydko, operuje szmatami i daje radę. Nie do takich uderzeń przyzwyczaił nas trener. Tam była piłka mocna, rotowana, z kozłem. Może to stracony czas i pieniądze?

Myślę, że mimo wszystko jednak nie. Trener wprawdzie nie uczy gry z takimi przeciwnikami, pomaga jednak opanować podstawy, zasady ustawienia się do piłki, jego rady sprawiają, że gra na kortach staje się po prostu ładniejsza, że miło popatrzeć na dobrze ułożonego amatora. Ważne, żeby nie ograniczać się do spotkań z instruktorem, żeby dużo grać z różnymi rywalami. By wygrywać mecze trzeba zdobyć doświadczenie, nauczyć się reagować na rozmaite style, opanowywać nerwy przy setnej szmacie czy balonie i nie obrażać po kolejnej porażce. Raz trafisz na kogoś, kto lepiej gra, innym razem na kogoś, kto jest sprytniejszy, a kiedy indziej najzwyczajniej w świecie będziesz miał pecha. Taki jest tenis.

Tego doświadczenia z trenerem nie nabędziesz. Jeśli więc szukasz gwarancji na wygrywanie meczów, bo tylko to dla Ciebie jest ważne, nieważne, w jakim stylu, nie zawracaj sobie głowy zbyt długo instruktorem. Ale jeśli po prostu lubisz tenis, lubisz się doskonalić, coraz lepiej uderzać i ładna gra sprawia Ci radość - umawiaj się z nim, korzystaj raz na jakiś czas, wspomagaj się. Wierz mi, zawsze będzie coś do poprawy.

środa, 18 maja 2016

Zawziętus


Zdjęcie ze strony www.atpchampionstour.com

Tenis jest jedną z tych dyscyplin, gdzie nie da się zremisować. Ktoś po prostu musi zwyciężyć. W amatorskich męskich rozgrywkach często wygląda to na sprawę życia i śmierci.

Zaczyna się na ogół spokojnie. Uścisk ręki na początek, krótka wymiana spostrzeżeń na temat pogody, kortu, pytanie o piłki i można zaczynać rozgrzewkę. Trochę odbić na krótkie pola, potem z głębi. Nieraz już wtedy lecą bomby, ale to nie reguła. Parę serwów na koniec, losowanie i gramy.

To znaczy raczej toczymy bój zawzięty. Tak, zgadliście, naprzeciwko mamy zawziętusa. Łatwo go poznać nie tylko po stylu gry; zwykle mówi też, że nie zależy mu na wyniku, tylko żeby fajnie pograć. Ważne, żeby się trochę poruszać - to jego żelazna kwestia.

Gdy coś takiego usłyszysz, zachowaj ostrożność. I lepiej nie obejmuj wyraźnego prowadzenia. Chyba że lubisz igrać z losem. Wykrzycz w takiej sytuacji out, zabije Cię wzrokiem. Po każdym niezaliczonym serwisie usłyszysz niecierpliwe Na pewno? i będzie musiał pokazać ślad. A po dwóch z rzędu lepiej żegnaj się z życiem. Jeśli nieopatrznie wygrasz seta, nie obracaj się plecami do siatki, nawet jeśli musisz iść pozbierać piłki. Trzeba się bowiem liczyć z szybko nadlatującą piłką na wysokości głowy. Lepiej wyglądać jak idiota poruszając się tyłem niż stracić przytomność po takim uderzeniu.

Nie sprzeczaj się też nawet o wyraźnie dobre piłki. To nic, że spadając na linię zostawiają one widoczny ślad, że towarzyszy temu niepowtarzalny odgłos; ślad z całą pewnością jest stary, a co do dźwięku, cóż, sam wiesz - wrażenia słuchowe są tak ulotne ... Nic nie wskórasz, stracisz nerwy, a w efekcie kolejne punkty.

Pamiętam taki mecz, kiedy przegrywający zawziętus tak mocno podejrzewał mnie o oszukiwanie i fałszywe outy, a atmosfera tak zgęstniała, że dla świętego spokoju zaliczyłem mu wyraźnie outowy smecz. Przecież wynik jest nieważny, ważne, żeby się trochę poruszać ...

O Boże, chyba zaczynam mówić jak on ...

niedziela, 15 maja 2016

Aptekarz


Zdjęcie ze strony Eurosport

Przeciętnie w czasie seta sprawdzamy jakieś 3-4 ślady. Na ogół wiemy, czy piłka była dobra, czy nie. My tak, ale nie on - aptekarz.

Ligi amatorskie czy rozgrywki ze znajomymi mają to do siebie, że na korcie nie ma sędziego. Zawodnicy oceniają piłki sami, każdy po swojej stronie. Czasem odbijesz autową i nie wykrzyczysz, czasem się pomylisz i skorygujesz, bywa różnie, ale da się z tym żyć. W końcu trudnych do oceny piłek nie ma tak wiele, nieźle też funkcjonuje dżentelmeńska zasada powtarzania spornych punktów.
Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem teorii decydującej piłki, czyli że są w meczu nieliczne punkty decydujące o wyniku. Tymczasem dla aptekarza kluczowy jest każdy. Za każdym razem, gdy piłka ląduje blisko linii, udaje się tam i uporczywie bada ślad. Który to? Czy zahaczyło o linię? Kręci się, pochyla, zawsze czekam, aż wyciągnie lupkę.

Po kwadransie wreszcie jest, podnosi się, już wie. Sam nie wiem, lepiej powtórz - mówi i maszeruje na końcową linię. Nieustannie też prosi Cię o sprawdzenie śladu po Twojej stronie; wołasz aut, a echo z drugiej strony odpowiada Jesteś pewny? Teraz Ty musisz pofatygować się w miejsce odbicia piłki i zakreślić je. Po dwóch godzinach takiej gry zdążyliście rozegrać niecałe dwa sety, krążąc od śladu do śladu, za to główkę rakiety masz zrujnowaną od ciągłych zakreśleń. Już wiesz, po co niektórzy koledzy okleili ją sobie specjalną taśmą.


Mam taką zasadę, że zakładam dobre intencje. Wiem, że to ciągłe sprawdzanie, dopytywanie, przerywanie i powtarzanie wynika z chęci poprawnego zaliczenia każdego punktu i uniknięcia pomyłek. Jednak poważnie psuje rytm gry i burzy koncentrację. I tak zupełnie po ludzku irytuje.

piątek, 13 maja 2016

Jaka rakieta dla początkującego, czyli jak nie pogubić się w gąszczu parametrów



W poprzednim poście pisałem o praktykach marketingowych, jakie mogą zaszkodzić adeptowi sztuki tenisowej w wyborze optymalnego sprzętu dla siebie. Dziś zestaw zasad i  wskazówek, na co zwrócić uwagę, by ułatwić sobie dobry zakup.

Nie patrz na markę! To pierwsza zasada. To, jakiego producenta rakietą gra Twój ulubiony tenisista nie ma nic wspólnego z podziwianymi przez Ciebie jego umiejętnościami. Roger Federer nie miałby gorszego backhandu, trzymając w rękach sprzęt o takich samych cechach, ale z innym logo.
Nie przepłacaj! Pierwszą rakietę kupujesz na ogół na 1-2 sezony, w zależności, jak często grasz. Po opanowaniu podstawowych zasad technicznych zauważysz, że dla większej skuteczności i przyjemności czerpanej z gry musisz zmienić sprzęt, bo nie będzie on już wystarczający dla Twojego poziomu.


Skoncentruj się na podstawowych zupełnie parametrach. Rama wypełniona jest mnóstwem danych technicznych oraz określeń systemów zastosowanych w rakiecie. To może wprowadzić zamieszanie i w ogóle zniechęcić do zakupu. Co więc jest najważniejsze?

Na ogół opis parametrów znajduje się po wewnętrznej stronie ramy między uchwytem a główką.

Może być też nietypowo jak w przypadku rakiet Dunlop z serii Biomimetic

Wielkość uchwytu.
Ma ona wpływ na komfort i technikę gry. Zwykle jest podawana w postaci ułamka (np. 4 3/8) i zwykłej cyferki (np. 3). Dla ułatwienia proponuję podążać za cyferkami. Osoby dorosłe będą wybierać na ogół uchwyt nr 2, 3 lub 4, w zależności od tego, jak dużą mają dłoń. Jak to określić? Jest jedna metoda polegająca na wciskaniu palca wolnej ręki w szczelinę dłoni trzymającej rakietę. Najprościej jednak posłużyć się metodą orientacyjną, uzależnioną od wzrostu zawodnika:
155 – 168 cm – L2
168 – 188 cm – L3
powyżej 188 cm – L4

Waga.
Rakieta wczesnego amatora nie powinna być za ciężka. Gracz nieumiejący jeszcze uderzać będzie dużo piłek przestrzeliwać, zwłaszcza z półkortu, poza tym szybciej zmęczy się ręka. Dużo łatwiej zaczynać od rakiet lżejszych, w przypadku kobiet w granicach 260 g, w przypadku mężczyzn 275-280 g (wartości podaję bez naciągu).

Wielkość główki.
Mała główka daje więcej kontroli, za to trudno czysto trafić piłkę. Kobietom zalecałbym więc wielkości 102-105 cale kw. (660-680 cm kw.), mężczyznom 100-102 cale kw. (645-660 cm kw.). Nie warto przesadzać z dużą głową, ponieważ bardzo zmniejsza się kontrola, trudno o próbę bardziej agresywnej gry i w perspektywie dalszego rozwoju i spodziewanej zmiany rakiety (wspominałem o tym wcześniej) mogą pewne nawyki z pierwszych miesięcy przeszkadzać.

Materiał i systemy.
Nie warto decydować się na żadne wynalazki typu kompozyty grafitowe, specjalne odmiany metalu, aluminium czy czego tam jeszcze. Z łatwością znajdziesz rakietę grafitową.
Z oferowanych przez producentów systemów można pomyśleć o czymś pozwalającym stłumić drgania, zwłaszcza w przypadku nieco starszych amatorów, tak by chronić łokieć. Co do innych systemów to bym na tym poziomie jakoś szczególnie nie szalał.


Potem trzeba cieszyć się grą i nie zniechęcać, bo to nie są łatwe rzeczy.

środa, 11 maja 2016

Jaka rakieta dla początkującego tenisisty? Podstawowe błędy przy zakupie




Pogoda nas w tym roku nie rozpieszcza. Niemniej wiosną wiele osób pojawia się na kortach, by spróbować swoich sił w tym pięknym sporcie, jakim jest tenis ziemny. W sposób oczywisty narzuca się pytanie: jaką wybrać rakietę na początek?

W przypadku doboru rakiety przez osobę będącą na starcie tenisowej drogi najwięcej szkód wyrządza marketing. I są tutaj dwie podstawowe metody. Z jednej strony wiodący producenci sprzętu nazywają swoje modele nazwiskami gwiazd tenisa; ozdobione kolorowymi tekturkami z portretem takiego zawodowca tworzą swoistą galerię sław, wisząc w sklepach sportowych. To potrafi skusić niejednego amatora, który decyduje się na zakup takiego - lichego na ogół - produktu z czystej sympatii czy podziwu dla ulubionego sportowca, a być może kombinując sobie, że rakietą firmowaną w ten sposób zagrają od razu jak zdobiący ją oryginał. 

Z drugiej strony producenci chętnie łączą nazwiska tenisistów z produkowanymi modelami, tak by kupujący je amatorzy mieli złudzenie, że wychodząc na kort z takim samym sprzętem w magiczny sposób podniosą poziom swojej gry. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze żadna rakieta sama nie zagra, po drugie - urządzenie trzymane właśnie w ręku ma z tą znaną z telewizji jedynie wspólne malowanie. Bardzo znany jest przypadek Lleyton’a Hewitt’a, który grał nieprodukowaną już rakietą, za to pomalowaną tak, by udawała aktualnie promowany model. Wiadomo również, że zawodowcy mają specjalnie personalizowane ramy o zmienionych parametrach, jednak z naniesionymi nazwami rakiet powszechnie dostępnych w sprzedaży detalicznej.

Wiemy już, że kupowanie sprzętu ze względu na ulubionego zawodnika nie ma sensu. Kolejnym błędem jest zakup rakiety zbyt trudnej, przeznaczonej dla znacznie bardziej zaawansowanych tenisistów. Jest to najprostszy sposób, by zniechęcić się do tego sportu. Nie będzie ona bowiem wspomagać nauki, lecz wywalanie piłki w aut i zmęczenie ręki. Gwarantuję, że mało kto przetrwa takie wyzwanie.


Dowiedzieliśmy się więc, jak nie kupować rakiety tenisowej - nie ulegać sentymentom oraz nie być zbyt ambitnym. Na co zatem zwrócić uwagę? Jakie parametry są kluczowe dla początkującego amatora? O tym w kolejnym wpisie.

poniedziałek, 9 maja 2016

Baloniarz



W zawodowych rozgrywkach uderzenia lobujące z końcowej linii, wkręcające się w ostatnie centymetry kortu po stronie przeciwnika, są najczęściej zagraniami defensywnymi. Tymczasem w meczach amatorskich jest to o dziwo na ogół strategia ofensywna. Z cyklu "Co mnie denerwuje na korcie" o grze balonowej.

Rozgrywki tenisowe oglądam najczęściej na włoskim kanale SuperTennis. Ma to kilka zalet. Przede wszystkim unikam polskiego komentarza. Nie będę tego rozwijał tym razem, ponieważ zamierzam naszym mistrzom (drewnianego) mikrofonu poświęcić osobny wpis. Drugim powodem jest nieukrywana fascynacja włoskich dziennikarzy biegłością techniczną i sprytem Agnieszki Radwańskiej. "La professoressa Polacca" - jak ją nazywają - nieustannie zagrywa "molto inteligente", a jej rozwiązania są "incredibile". Wśród takich firmowych uderzeń naszej gwiazdy królują niezwykle precyzyjne loby, które pomagają jej nieraz wyjść z prawdziwej opresji. Włoscy komentatorzy mają na nie urocze określenie - "balonetto delizione".

Gra balonami to w przypadku pani Isi czy innych zawodowców przede wszystkim ratowanie skóry, nieraz głęboka defensywa. Inaczej sprawa wygląda w zawodach amatorskich, gdzie balony służą ofensywie. Nastawieni bojowo wychodzimy na kort, starając się wygrać jak najwięcej piłek, może nieraz nawet popisać się przed przeciwnikiem bądź publicznością szczególnie udanym zagraniem, wygrywającym forehandem czy wolejem. I nagle trafiamy na rywala, który dysponuje jednym koronnym uderzeniem - balonem, no i zdrowymi nogami, żeby do wszystkiego dobiec.

Atak po linii na beckhand - wraca balon, szybki kros na forehand - wraca balon, pójście do siatki - tak, domyślacie się, żadne minięcie: balon. Jeśli jeszcze nie daj Boże wyjąłeś przed meczem nowe piłki, to już po tobie. Po takim uderzeniu piłka odbijając się kilka centymetrów przed linią dostanie ogromnej rotacji postępowej, poszybuje w górę i przeskoczy cię, choćbyś stał dwa metry za kortem. Jeszcze pokraczny podskok, rozpaczliwe machnięcie rakietą, jakiś rodzaj akrobacji i jest punkt dla przeciwnika. I jeśli jakimś cudem odegrasz tę martwą piłkę, to przecież nie zaatakujesz, tylko zafundujesz gościowi wystawkę. A musisz wiedzieć jeszcze jedno - najczęściej baloniarz to jednocześnie skróciarz; wyrzucony pod ogrodzenie nie wrócisz już do gry. Marnie skończysz. Nazwij się zwycięzcą, jeśli nie połamiesz rakiety. Ale struty będziesz chodził przez tydzień, pogódź się z tym.

Bądź cierpliwy. Biegaj. I naucz się smeczować.

czwartek, 5 maja 2016

Fast foot




Dziś z cyklu "Co mnie denerwuje na korcie" o nagminnym błędzie stóp w amatorskich rozgrywkach.

Food fault to jedno z rzadziej słyszanych na zawodowych kortach sędziowskich wywołań. Błąd jest rzeczywiście banalny i polega na dotknięciu linii serwisowej przez podającego zanim uderzy piłkę. Tenisiści uznają to przewinienie za dość żenujące i nieraz po wykrzyczeniu przez liniowego wyglądają, jak by mieli schować się ze wstydu pod ziemię. Zwykle kręcą się w miejscu, mrucząc coś pod nosem, bardziej krewcy wyraźnie agresywnie patrzą w stronę arbitra.

Tymczasem na meczach amatorskich w ogóle nie ma problemu. Ten punkt w regulaminie jest radośnie kasowany, jak gdyby nigdy nie istniał. Wygląda to tak: facet staje przodem do siatki, piłkę podrzuca nie za wysoko i uderza ją rakietą jak packą na muchy, jednocześnie wsuwając nogę w kort (patrz zdjęcie). Zawodowcy lekko dotykąją brzegu linii, amatorzy zwykle wsuwają stopę na pół metra w kort. Efektem takiego podania jest zazwyczaj tzw. szczur, czyli piłka płaska, bez kozła, ślizgająca się po nawierzchni, którą trzeba zgarniać trąc rakietą o kort. Nie sposób przewidzieć kierunku i trzeba przyznać, że nieraz jest zupełnie szalony - piłka ciasno wkręca się w środek kara i ucieka na zewnątrz. Nie daj Boże trafić na takiego gościa, który na dodatek jest leworęczny. Zagranie na pozór jest niemrawe, ale ze względu na przyspieszenie po odbiciu trzeba się nieźle skoncentrować, żeby piłki nie przegapić. Dlatego ten typ gracza nazwałem fast foot.

Kiedyś podczas oglądania meczu naszej lokalnej ligi podzieliłem się gorzką refleksją na ten temat z jednym z lepszych naszych zawodników, odnoszącym sukcesy w licznych turniejach w całej Polsce. On nie powinien mieć zaliczonego żadnego serwisu - stwierdziłem. W takich meczach to dopuszczalne - odparł spokojnie, wydmuchując dym z papierosa. Zdębiałem. Kurde - myślę sobie w wersji soft - to ja kombinuję jak koń pod górę, psuję serwis, balansując z myślą o tym, by nie dotknąć tej przeklętej linii, a tu goście nic sobie z tego nie robią, łamią przepisy, ale zdobywają punkty i są zadowoleni.

A czemu nie dopuścić niewielkich autów - powiedzmy do centymetra - i traktować takie piłki w ligach amatorskich jako dobre lub przynajmniej do powtórzenia? Albo nie powtarzać netów, gdy piłka tylko muśnie siatkę. Możemy też nie przejmować się dotknięciem siatki rakietą albo zaliczać punkty, gdy piłka przejdzie przez siatkę odbita tułowiem zawodnika. Przecież w takich meczach to dopuszczalne. Można się tak umówić.


Problem w tym, że takie niby drobne przekroczenie przepisów może dać komuś dużą przewagę i wypaczyć wynik pojedynku. Dlatego jestem przeciw.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Jak to robią w Niemczech? O popularyzacji tenisa


Widok na część obiektu w Penzbergu (foto ze strony klubu)

Penzberg. Niewielkie, liczące ok. 16 000 mieszkańców miasteczko w Bawarii, które w ubiegły weekend stało się niemiecką stolicą tenisa. Na terenie miejscowego klubu Niemiecki Związek Tenisowy, będący największą taką organizacją na świecie, hucznie zainaugurował sezon na kortach otwartych.

Mało kto wie, że Niemiecki Związek Tenisowy (DTB) skupia najwięcej członków na świecie. Zgodnie z informacją z jego strony internetowej, jest ich aż 1,5 miliona. W ramach działalności popularyzującej uprawianie tej pięknej dyscypliny sportu od 10. lat organizuje akcję Niemcy Grają w Tenis. Polega ona na tym, że w wyznaczony weekend kwietnia rozsiane po całych Niemczech kluby i stowarzyszenia tenisowe świętują rozpoczęcie sezonu na kortach otwartych, otwierając się na wszystkich chętnych, którzy w tych dniach mogą brać udział w najróżniejszych zajęciach związanych z tym sportem. Wcześniej rozpisywany jest konkurs na ośrodek, w którym odbędzie się centralna inauguracja, wspierana finansowo przez związek.

W bieżącym roku w akcji wzięło udział ponad 2 500 stowarzyszeń, główna zaś impreza odbyła się w niewielkiej bawarskiej miejscowości Penzberg. W tutejszym klubie na 9 kortach ziemnych, 2 tartanowych i 3 krytych trenuje na codzień ponad 500 członków w każdym wieku. Na ok. 16 000 mieszkańców. Jest to skala niewyobrażalna w porównaniu do naszych realiów, gdzie w miastach powiatowych, liczących po ok. 50 000 osób, można naliczyć z pięćdziesięciu tenisistów. Nie wspominając o takim jak w małym Penzbergu zapleczu.

Niemiecki Związek Tenisowy szacuje, że w ciągu 10 lat prowadzenia swojej wiosennej akcji przez obiekty przewinęło się w sumie milion odwiedzających, z czego 100 000 osób stało się członkami organizacji. Masowość tego ruchu musi przynosić efekty, zarówno finansowe dla związku, o czym wprost mówi jego szef, Ulrich Klaus, jak i sportowe. Jak wiadomo nie ma bowiem dzisiaj profesjonalnego sportu bez dużych pieniędzy. Nic dziwnego, że przy takiej skali pojawiają się tak potężni sponsorzy jak producent samochodów Porsche, finansujący reprezentantki Niemiec. Z tego biorą się potem sukcesy na miarę Angeliki Kerber.

W najbliższy weekend podobna akcja ma odbyć się w Austrii. Być może nasz związek też się obudzi z długiego zimowego snu i wreszcie zrobi coś dla tenisa w naszym kraju, bo na razie mamy nędzę. Może więc na dobry początek taką akcję - Cała Polska Gra w Tenis. 

sobota, 23 kwietnia 2016

Nareszcie! Wracamy na korty!



Słońce w oczy, szalejący wiatr, trudne do przewidzenia odbicia piłki na nierównym podłożu - za tym tęskniliśmy przez całą zimę. Nic nie zastąpi uroków gry na kortach ziemnych.

Nadchodzi kwiecień. Codziennie przejeżdżasz koło kortów wypatrując, czy coś tam się dzieje. Wiadomo, trzeba posprzątać po zimie, uzupełnić ubytki, wywałować, wyciągnąć linie, pozakładać siatki. Niepokoisz się, bo nikogo nie widać, nie ma żywej duszy. Pewnie przychodzą rano - pocieszasz się. Wreszcie jest - najpierw kolega mówi, że coś widział, potem telefon z pytaniem o termin stałej rezerwacji, w końcu informacja o grze.

Pierwsza wizyta na korcie. Jeszcze niewiele osób, chłodno, paru stałych bywalców pojawia się, by zorientować się w sytuacji. Czterech grających w debla, reszta lekko drżąca z zimna, w kręgu, z papierosami w dłoniach, dzieli się nowościami, omawia jeszcze świeży regulamin ligowych rozgrywek, umawia pierwsze mecze. Powoli obiekt ożywa. Miejsce spotkań.

Każdy czuje się tu swojsko. Wiadomo, kogo się zastanie, u kortowych można liczyć na wyśmienitą herbatę, trochę pogadać, trochę popatrzeć na rozgrywki.

Ale najważniejsze, że masz dziś grać. Pierwszy raz w sezonie letnim. Większość z nas gdzieś grywa również zimą, przybywa balonów i hal tenisowych, można wynająć nowoczesną salę gimnastyczną w szkole. I mimo dużej wygody obiektów zamkniętych, równej nawierzchni, nie za wysokiej temperatury, braku wiatru i słońca, wszyscy chętnie wracamy na mączkę, na otwartą przestrzeń, gdzie nieraz warunki dyktują grę, gdzie po kolejnej zepchniętej przez wiatr piłce ma się ochotę połamać rakietę, a serwując pod słońce macha się na oślep z nadzieją trafienia.

To nic. Nie możesz się doczekać pierwszych odbić, więc głupio skracasz rozgrzewkę. Że grozi kontuzja? Kto by się tym martwił, kiedy po drugiej stronie czeka rywal gotowy do gry.

Zaczynasz. Biegasz do każdego zagrania, chcesz nasycić się grą. Na początku trochę zimno, ani mięśnie, ani naciąg nie lubią takiej temperatury. Piłki odbijają się tępo od strun, siadają na nieco jeszcze wilgotnej mączce, odskakują na nierównościach, mijając odprowadzoną już rakietę. Trochę przeklinasz, ale u przeciwnika jest tak samo. Więc cieszysz się grą, a w razie przegranej znajdziesz łatwe wytłumaczenie - że wiatr, że krzywo, że ciężko biegać na ziemi, że w ogóle beznadziejnie; lepiej było na hali. Ale w głębi dobrze ci tu, bo jest zabawa, bo lubisz to miejsce.

Na pierwszy raz wystarczy. Koledzy pytają, jak poszło. Nie było źle. Zziębnięty, zziajany i zmęczony opuszczasz korty. Ale wcześniej umawiasz kolejną grę ...

środa, 6 kwietnia 2016

WTA jak tenis amatorski




Tytuł oczywiście jest prowokacyjny. Jednak trudno zaprzeczyć, że tenis amatorski ma przynajmniej jedną cechę wspólną z cyklem WTA - niedostatki techniczne nie muszą być przeszkodą w osiąganiu sukcesów.

Wielu spośród nas, amatorsko uprawiających tenis, zna tę sytuację. Długie godziny żmudnych treningów, nierzadko z "naszym drogim trenerem", szlifowanie poszczególnych uderzeń, powolna droga dochodzenia do jak największej technicznej sprawności, na końcu od dawna oczekiwany występ na turnieju. Dreszczyk emocji podczas losowania, potem chwila zadowolenia - tak, temu mogę dać radę.

W końcu jest - wywołują nas do gry. Rozgrzewka zgodnie z planem - stopniowe oswajanie się z kortem, z piłkami, wreszcie ocena przeciwnika. "Dobra nasza - myślisz sobie - on w ogóle nie umie grać. Forehand a la rewolwerowiec, krótko z biodra, bez zamachu, backhand slajsowany, piłka wolna, serwis szmaciasty. Biega szybko, ale przecież wolniej niż leci piłka." No i jeszcze oddał serwis po losowaniu.

Początek rozgrywki. Słabo rozgrzane plecy ("cóż mi po rozgrzewce, szkoda czasu") nie chcą się odpowiednio wyginać, po dwóch podwójnych błędach szybka strata gema otwarcia. W kolejnym gemie return nie chce wchodzić, a następna odsłona pod słońce błyskawicznie kończy się porażką. Tymczasem lekceważony przeciwnik nie taki znowu łatwy. Martwe piłki nie nadają się do ataku, krótkie zagrania z gasnącym kozłem kierowane pod nieprawdopodobnymi kątami zmuszają do ciągłej pracy na nogach, głębokie loby zniechęcają do biegania do siatki. Pierwsza partia przegrana do jednego. Nie tak miało być.

Drugi set. "Teraz ja" - myślisz sobie. "Przecież on nie umie grać. Zaraz mu pokażę." Kolejny przegrany gem otwarcia. Robi się coraz bardziej nerwowo. Zamiast o własnej grze myślisz o błędach stóp rywala, przy każdym serwisie wsuwającego się w kort niczym wąż, nieustannie sprawdzasz też ślady po piłce. Przy takim stanie umysłu ucieka koncentracja, ratują nas jedynie wyćwiczone, zakodowane odruchy. Jednak często do odwrócenia losów spotkania to za mało. Przegrywamy z teoretycznie słabszym przeciwnikiem, na pewno ustępującym nam techniką, ale walecznym, niewygodnym, pomysłowym, wybieganym.

Co się stało? Przegraliśmy w głowie, najpierw lekceważąc zawodnika po drugiej stronie siatki, potem nie umiejąc opanować nerwów. Okazuje się, że umiejętności techniczne mogą być przeceniane.

Amatorski tenis nieco przypomina pod tym względem profesjonalną rywalizację pań w ramach cyklu WTA. Przełamywanie się na przemian czy niedostatki techniczne najwyżej nawet klasyfikowanych zawodniczek to chleb powszedni kobiecego tenisa. Weźmy kilka pierwszych przykładów z brzegu. Serena Williams praktycznie nie używa woleja, Szarapowa nie umie smeczować, Muguruza stosuje tylko trzy i pół uderzenia - forehand, backhand i serwis oraz smecz (to liczę jako pół przez pokrewieństwo z serwisem). Dalej mamy dwie włoskie przyjaciółki, Robertę Vinci i Sarę Errani. Pierwsza unika normalnych uderzeń backhandowych, stale slajsując (podobnie jak wcześniej słynna Steffi Graf), druga serwuje jak juniorka. Z kolei Rumunka Niculescu slajsem zastępuje uderzenia forehandowe, doprowadzając rywalki do szału. Na deser Marion Bartoli, tryumfatorka Wimbledonu, z oburęcznym forehandem.


Liczy się więc skuteczność - chciałoby się powiedzieć. Być może w zawodowym sporcie tak. Jednak tam, gdzie nie liczą się pieniądze, warto zadbać o to, co w tenisie najpiękniejsze: o ciągłe doskonalenie stylu, techniki i charakteru, o sprawianie sobie drobnych przyjemności z coraz lepszych uderzeń, o satysfakcję z własnego postępu i przełamywania swoich słabości. Czy daje to gwarancję wygranej? Na pewno nie. Ale pozwala choć przez chwilę poczuć się szczęśliwym.