środa, 19 kwietnia 2017

Tydzień 15., czyli trochę niespodzianek



15. tydzień rozgrywek przyniósł sporą niespodziankę w postaci zwyciężczyni nowego turnieju w Biel (jak ci Czesi to robią?) oraz 1. tytuł Borny Coricia. Dla nas bez szaleństw – Magdalena Linette zrobiła, co musiała i nic więcej, potwierdzając przy okazji wszystkie słabości, jakie ją ograniczają, a Magdalena Fręch zaliczyła półfinał turnieju ITF w Stambule (60 000 $). Agnieszka Radwańska podpisała umowę na promocję marki Lotos i udzieliła paru wywiadów.

Magdalena Linette wykonała absolutne minimum, docierając do ćwierćfinału turnieju w Bogocie. O obsadzie imprezy najlepiej świadczy fakt, że została 5. rozstawioną. Dlatego wyeliminowaniem 175. wówczas na świecie Nadii Podoroskiej i 146. Elicy Kostowej trudno się szczególnie ekscytować. Natomiast porażka z kwalifikowaną na 93. miejscu młodą Hiszpanką Sarą Sorribes Tormo ujawniła wszystkie opisywane przeze mnie niemal co tydzień słabości poznanianki. Przede wszystkim nieraz już obserwowany brak koncentracji na początku seta (pamiętacie Charleston i pościg z 0:4 za Putincewą?), który oznacza szybkie uzyskiwanie przewagi przez rywalki i w efekcie bardzo kosztowną dla bilansu energetycznego pogoń. Tym razem w 1. secie odrabiała straty z 1:5, ostatecznie przegrywając do 4. Podobnie było w kolejnym secie, gdzie dała się dwukrotnie przełamać na początku, tyle że sama też odpowiedziała jednym breakiem i wygrała 2. partię 6:4. W 3. secie znowu – ze stanu 0:3 do 5:3, potem jednak nie umiała wyserwować zwycięstwa i poległa w tie-breaku, również prowadząc 5:3. Do braku koncentracji dochodzi niepewność i dość monotonna gra z końcowej linii, mimo niezłych umiejętności wolejowych. Linette to tenisistka z potencjałem, silna, waleczna, ale niezbędna jest zmiana trenera, i to pilnie, zwłaszcza że po wizycie szkoleniowca na korcie lubi przegrać gema!

Oddajmy jej jednak nieco sprawiedliwości i doceńmy, że przynajmniej w deblu dotarła do finału.

Sam turniej zakończył się niemałą niespodzianką. Otóż zaskakująco wygrała weteranka światowych kortów, 37-letnia Francesca Schiavone, pokonując w finale 6:4 7:5 Larę Arruabarrenę. Włoszce wcześniej odmówiono dzikiej karty do eliminacji imprezy na Foro Italico w Rzymie, twierdząc, że trzeba promować młodszych. No i chyba szkoda, bo okazuje się, że mogłaby pokazać jeszcze kawał dobrego tenisa. Zwłaszcza, gdy dziką kartę do turnieju głównego otrzymała zawieszona za doping Szarapowa.

Nie mniejszą niespodzianką zakończył się debiutujący w cyklu WTA turniej w szwajcarskim Biel, następca Katowice Open (pisałem o nim w poście O turnieju w Biel, następcy Katowice Open). Wygrała bowiem 17-letnia Czeszka, Marketa Vondrousowa po zaciętym finale z Estonką Anett Kontaveit (6:4 7:6[6]). Tegoroczne wyniki nastolatki z niewielkiego Sokolova robią wrażenie. Dzięki 40 wygranym (przy 4 porażkach) meczom awansowała najpierw z 420. na 233. miejsce w rankingu WTA, a po podbiciu Biel uplasuje się na pozycji 117. Osiągnęła to skutecznymi występami w turniejach niższej rangi, na dodatek poza jednym wyjazdem do Australii grała w Europie. Jest to zupełnie inny model niż naszych zawodniczek, które pętają się po całym świecie, przywożąc po parę punktów, czasem jak Paula Kania porywając się na nieudane występy w kwalifikacjach do zawodów rangi International.

Chciałoby się przy tej okazji spytać, jak ci Czesi to robią? Mając jako kraj znacznie mniejszy potencjał niż my w samym Biel mieli w ćwierćfinale 3 reprezentantki!

Pierwszy w karierze tytuł zdobył także o wiele badziej znany Borna Corić. Dokonał tego na mączce w Marakeszu, zwyciężając w finale z Philipem Kohlschreiberem 5:7 7:6(5) 7:5. Po raz kolejny pokazał niezwykłą waleczność i wiarę w zwycięstwo, odrabiając straty i broniąc 5 meczboli. W nagrodę wrócił do TOP50 rankingu (49).

Panowie walczyli też w Houston, gdzie tryumfował reprezentant gospodarzy, Steve Johnson. Zwycięstwo nie było łatwe, po drodze pokonał Dustina Browna, Fernando Verdasco i Jacka Socka. W finale ograł zaś Brazylijczyka Thomaza Belluciego w morderczym pojedynku 5:7 6:4 6:2. Jak potem wspominał, ledwo przetrwał fizycznie to spotkanie, zwłaszcza że na turniej przybył bezpośrednio z Australii z rozgrywek Pucharu Davisa.

Spoza sportowych aren. Agnieszka Radwańska podpisała umowę na promowanie marki Lotos.

Pojawił się też nowy kandydat na prezesa PZT. Jest nim dotychczasowy członek zarządu, Maciej Stańczuk. Od razu sformułował 2 zapowiedzi – wprowadzenie korporacyjnego modelu zarządzania oraz zintegrowanie skonfliktowanego środowiska. Osobiście podchodzę z rezerwą ludzi, którzy mając wpływ na organizację, zapowiadają, że zrobią coś dopiero w kolejnym rozdaniu. To co nie pozwalało zrobić tego wcześniej? I co zmieni się za 2 miesiące, że będzie to możliwe?

Tymczasem Ana Ivanović złożyła wszystkim jakże chrześcijańskie życzenia - Hristos vaskrse! No to tym razem się spisała.




poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Tydzień 14., czyli Alicja Rosolska na wielki plus



Tydzień 14. sezonu minął dość leniwie. Po emocjach turniejów w Indian Wells i Miami nadszedł czas spokojniejszy, z dwoma zaledwie zawodami WTA rangi International. Do tego zmagania panów w Pucharze Davisa, co z tego, kiedy bez naszych. Jedyną miłą niespodziankę sprawiła nam Alicja Rosolska, wygrywają w Moterrey w deblu w parze z Japonką Nao Hibino.

Impreza w Monterrey, nawet nienajgorzej obsadzona, z Kerber, Suarez Navarro i Garcią, nie była pisana Pauli Kani – sosnowiczanka odpadła w II rundzie kwalifikacji (tak na marginesie, to zawsze mnie zastanawia, jak się taka podróż może opłacać; nie lepiej szukać szczęścia w Europie? przynajmniej porażki mniej kosztują). Do półfinałów dotarły 3 wymienione wcześniej panie oraz Anastazja Pawliuczenkowa, która w finale pokonała Angelique Kerber. Rosjanka najwyraźniej ma jakiś patent na wygrywanie w tych zawodach, bo był to już jej 4. raz. Za to Niemka za nic nie może zwyciężyć w tym roku, nawet w niewielkich zawodach.

Z dobrej strony pokazała się za to Alicja Rosolska, wygrywając wraz z Nao Hibino rywalizację deblową. Oczywiście sukcesem tym od razu pochwalił się Polski Związek Tenisowy, prezentując zdjęcie zawodniczek na stronie internetowej. Żenujące.

Z kolei w zawodach wyższej rangi, w Charlston, wystąpiła Magdalena Linette. Znowu wszystko przebiegło zgodnie ze znanym nam scenariuszem. W I rundzie szalony mecz z rozstawioną Putincewą, z niezwykłą pogonią ze stanu 0:4 w 3. secie, zakończoną wygraną 6:4 i bardzo nieprzyjemnym pożegnaniem smarkatej Kazaszki. W II rundzie porażka z lucky looserką, niżej notowaną Tunezyjką Ons Jabeur 4:6, 4:6. Aby oddać obraz pojedynku, najlepiej posłużę się cytatem ze strony Eurosportu: Nasza zawodniczka miała sporo okazji, ale w najważniejszych momentach zawodziła. Chciałoby się dopowiedzieć – jak zwykle. Powtarzam to do znudzenia w każdym tekście – potrzebna zmiana trenera, i to pilnie. Linette jednak tego nie widzi, może nie ma jej kto powiedzieć, zasklepiona w jakimś błogostanie, zainteresowana dobrą, niemal rodzinną atmosferą w teamie, a nie własnym rozwojem. Tych lat nie odda nikt – chciałoby się zaśpiewać za Ireną Santor.
Cóż, może w Bogocie się odbije, nieczęsto ma szansę występować w tak obsadzonej imprezie, że jest 5. rozstawioną!

W miniony weekend poznaliśmy półfinalistów Pucharu Davisa. Belgia zagra z Australią, natomiast Francja z Serbią. Warto zauważyć, że w reprezentacji Serbii pojawił się Novak Djoković, pomagając swemu krajowi w osiągnięciu tego sukcesu.

Tymczasem nasi zawodnicy zagrają we wrześniu ze Słowacją o utrzymanie na zapleczu światowej elity. Można by wprawdzie powiedzieć, że skoro Słowacy przegrali z Węgrami, to mogą i z nami, ale słysząc na codzień, gdzie i z jakim rezultatem nasze orły występują, mocno obawiam się o wynik tej konfrontacji.


Ana Ivanović wystąpiła zaś w majowej niemieckiej edycji Harper’s Bazaar i chwali się na prawo i lewo swoim „zmokłym” zdjęciem. Trafiła nawet na okładkę i – jak głosi podpis – w numerze zdradza swoje tajemnice. Brzmi ciekawie.

piątek, 7 kwietnia 2017

O turnieju w Biel, następcy Katowice Open





Niemal rok temu w tekście Nie będę płakał po Katowice Open, przy okazji pożegnania imprezy na Śląsku, wspominałem o przenosinach turnieju do szwajcarskiego Biel, gdzie przed laty trenował sam Roger Federer. Sam Maestro otwierał wtedy ulicę swego imienia oraz inaugurował budowę nowoczesnego centrum tenisowego, gdzie miały odbyć się zawody. Wróćmy tam po roku, zobaczmy, jak wygląda teraz ten ośrodek i jak zapowiada się turniej.




Obiekt, będący w zamyśle szwajcarskim narodowym centrum tenisa, mieści się – jakżeby inaczej – przy Roger-Federer-Allee 1. Ma służyć m.in. podczas występów reprezentacji w Pucharze Davisa i Pucharze Federacji. W hali zmieściły się 3 korty o twardej nawierzchni (Rebound Ace) oraz mobilne trybuny na 2 500 widzów, zakrywające w zależności od potrzeb 1 lub 2 korty. Obok mierzącej ponad 60 m długości i ponad 50 m szerokości hali wybudowano dodatkowo 6 boisk z nawierzchnią ziemną. W sumie cały projekt kosztował 8,5 milionów CHF i jak widać na zdjęciach, prezentuje się naprawdę okazale.

Obsada Ladies Open nie rzuca może na kolana, jednak jest bardzo przyzwoita. W singlu wystąpią m.in. Carla Suarez Navarro (zastąpiła kontuzjowaną Kristinę Mladenović), Barbara Strycova, Belinda Bencić, Alize Cornet, , Kirsten Flipkens, Roberta Vinci, Yaroslava Shvedova czy Monica Niculescu.  
W deblu za to wystąpią srebrne medalistki z Rio – Martina Hingis z Timeą Bacsinszky. Hingis dodatkowo poprowadzi bezpłatne zajęcia dla dzieci oraz wystąpi w meczy pokazowym ze znanym szwajcarskim showmenem, Marco Rimą.


Wygląda na to, że szykuje się całkiem atrakcyjna impreza, która fanom tenisa może dać sporo ciekawych wrażeń sportowych, ale i dużo przyjemności z przebywania w wielce uroczym otoczeniu szwajcarskiego miasteczka.


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Tydzień 13, czyli Łukasz Kubot broni honoru polskiego tenisa



Ależ to był weekend dla polskiego tenisa! – ekscytował się powiązany z PZT portal Tenis Polski. I wyliczył - Deblowe wygrane Grzegorza Panfila i Mateusza Kowalczyka, Łukasz Kubot z historycznym deblowym zwycięstwem, Hubert Hurkacz wygrywa Futures'a w Lizbonie, a Piotr Matuszewski i Kacper Żuk docierają do finału. No doprawdy … To tak, jak by Polski Związek Narciarski świętował zwycięstwo Pawła Wąska (tak, jest ktoś taki) w FIS CUP. No ale gdy skoczkowie odnoszą prawdziwe sukcesy, nie trzeba nadymać się osiągnięciami w 3. lidze.

Z całego zestawu na uwagę zasługuje tak naprawdę ogromny sukces Łukasza Kubota, który w parze z Brazylijczykiem Marcelo Melo wygrali zawody Premier 1000 w Miami; przypomnę, że 2 tygodnie wcześniej walczyli w finale podobnej imprezy w Indian Wells. Brawa!

Zwycięstwo Huberta Hurkacza owszem, przyjemne, ale aby coś oznaczało, musiałoby być początkiem serii, dzięki której szybko mógłby zacząć występować w challengerach. Znajmy miarę – spójrzmy, gdzie są jego rówieśnicy: Kyrgios, Zverev czy nawet przeżywający ostatnio kryzys Corić.
A gdzież były w ubiegłym tygodniu nasze panie? Raczej nigdzie; Kania przedzierała się bezskutecznie przez kwalifikacje w Monterrey, zamiast szukać punktów w zawodach niższej rangi, no i gdzieś bliżej.

Z kolei Jerzego Janowicza (awansował na 171. miejsce) zabolała kostka i zamiast zagrać w challengerze w Leon, wrócił do domu. U syna nastąpiło po prostu zmęczenie materiału, to nie jest poważny uraz - powiedział PAP Jerzy Janowicz senior. Mój Boże, po jednym starcie zmęczenie materiału; to co ma powiedzieć 35-letni Federer? Kiedyś JJ powiedział, że aby powrócić do 1. setki trzeba grać w turniejach, nie ma innego wyjścia. Zabrzmiało to wówczas jak zmęczenie tenisem, znużenie. Nagły powrót z Ameryki, odpuszczenie Rotterdamu z byle powodu (jakieś dziwne trudności komunikacyjne w dotarciu z Sofii do Holandii) może wskazywać, że pan Jerzy ma dość, a to oznacza jego koniec. Obym się mylił.

Pora przejść do poważnego tenisa, czyli singlowego turnieju w Miami.

Wśród pań wygrała Johanna Konta, pokonując w finale wyraźnie odbudowaną już Caroline Wozniacki. Nie zawiodły Venus Williams, Angelique Kerber, Karolina Pliskova i Simona Halep. W rankingu niewielkie zmiany. Zwyciężczyni wróciła do 1. dziesiątki (7), podobnie V. Williams (10). Agnieszka Radwańska utrzymała 8. pozycję, ale nie jest ona pewna, bo po piętach depcze jej Kuzniecova, a w Stuttgarcie będzie miała do obrony aż 185 punktów za ubiegłoroczny półfinał. Wypada teraz dziękować Bogu, że przegrała wówczas z kwalifikantką Siegemund, bo byłoby tego co najmniej 2 razy więcej (już za sam udział w finale, nie wspominając o ewentualnej wygranej). Magdalena Linette zaliczyła efektowny zjazd o 10 pozycji (83).

U panów nie przestaje zadziwiać Roger Federer. Zdobył w Miami kolejny tytuł po Australian Open i Indian Wells, w finale pokonując w swoim odnowionym stylu również znakomitego Rafę Nadala. Wracają stare dobre czasy. Oprócz nich znowu świetnie pokazali się Sock i Kyrgios, zwłaszcza ten ostatni, będąc najbliżej wyrzucenia Maestra z turnieju (przegrał w półfinale 6:7 7:6 6:7). Przy okazji jak zwykle wzbudził sporo kontrowersji, wściekając się na – przyznajmy to – nienajsympatyczniejszą publiczność (po prawdzie buczała też sama Mirka Federer …). Pewnie dlatego tym razem został wzięty w niebylejaką obronę, bo zachowanie widzów skrytykowali solidarnie Brad Gilbert i Chris Evert. Dużo radości fanom tenisa sprawił też 4. półfinalista, jak zwykle grający żywiołowo i jednocześnie od niechcenia, Fabio Fognini.

Zawsze miał dobry bekhend, ale w tym momencie jest jeszcze lepszy, bo też szybciej się porusza. Jego nogi poruszają się szybciej niż kiedyś - stwierdził Juan Martin del Potro o grze Federera po odpadnięciu z turnieju. - Myślę, że w tym tkwi sekret jego świetnej gry - dodał. Mieć 35 lat, 18 turniejów wielkoszlemowych na koncie, 91 w sumie, nie wspomnę o sukcesach na olimpiadzie czy w Pucharze Davisa i wciąż poprawiać grę! Tak właśnie! Na tym polega prawdziwe mistrzostwo.

Efekt rankingowy turnieju jest zaś taki, że obaj finaliści awansowali o 2 oczka – Szwajcar na 4., a Hiszpan na 5. miejsce. Podium Rogera jest w zasięgu wzroku, brakuje mu do Wawrinki raptem 480 punktów. Trudno uwierzyć, że cały sezon będzie się tak układał jak te 3 miesiące, ale jeśli by tak miało być, to rok zakończy w fotelu lidera. Ostatnie takie notowanie miało miejsce 29. października 2012.

Póki co jednak zapowiedział odpoczynek aż do Rolanda Garossa i koncentrację na wygraniu Wimbledonu oraz dobrym rezultacie podczas finałów rozgrywek w Londynie. Pewnie uda się teraz do Biel, z którym związany był w młodości, gdzie już ma aleję własnego imienia, a za parę dni będzie hucznie otwierana Die Swiss Tennis Arena. Dla przypomnienia, to właśnie to miasto kupiło prawa do turnieju organizowanego dotychczas w Katowicach (pisałem o tym w tekście Nie będę płakał po Katowice Open).

Zdjęcie z ubiegłorocznej uroczystości

Tymczasem w naszym grajdole kolejny odcinek sporu kandydata na prezesa PZT, Mirosława Skrzypczyńskiego, z obecnym zarządem związku. Wspominałem, że został on wezwany przedprocesowo do zaprzestania naruszania dóbr osobistych Związku oraz do usunięcia skutków tych naruszeń. Jak się można było spodziewać, w odpowiedzi pan Mirosław stwierdził, że nie wie, o co chodzi i w związku z tym nie zamierza podejmować żadnych działań, jakich PZT oczekuje.

A co słychać u Any Ivanović? Otóż przeprowadziła się wraz z mężem do Chicago, chodzi na spacery po plaży, na mecze Chicago Bulls i – rzecz jasna – Chicago Fire, podziwiać małżonka. Wypada życzyć powodzenia w nowym miejscu.



wtorek, 28 marca 2017

Tydzień 12., czyli Roger nadal na fali



W minionym tygodniu niewiele dobrego działo się w polskim tenisie – porażki Radwańskiej i Linette oraz tradycyjne napady szału Janowicza, czyli jak zawsze to co zawsze. Przetrwać na plusie pomagał już zwyczajowo Łukasz Kubot w deblu. Wraz ze zbliżającymi się wyborami coraz ciekawiej się za to robi wokół Polskiego Związku Tenisowego, gdzie pachnie smakowitym procesem z dużą kasą w tle. Promykiem słońca była Niedziela z Tenisem w Dąbrowie Górniczej, z przesympatyczną Mają Chwalińską w roli głównej.  

Trwa kolejny wielki turniej – Miami. Magdalena Linette nie wykorzystała drugiej szansy i po przedostaniu się do imprezy bocznymi drzwiami (jako Lucky Looser), przegrała od razu w I rundzie z Chorwatką Ajlą Tomljanovic, powtarzając do znudzenia ten sam scenariusz – zacięta walka w 3 setach, niewykorzystane sytuacje przy schematycznej grze, opartej o mocne uderzenie z linii końcowej. Za ten brak urozmaicenia i zdecydowania po raz kolejny wysoko zapłaciła. Zatem powtórzę jak mantrę – potrzeba nowego trenera, i to pilnie.

Z kolei Agnieszka Radwańska bez szans w starciu w III rundzie z bezkompromisową Mirjaną Lucić-Baroni. Jeśli ktoś uderza tak mocno i celnie, to faktycznie niewiele można zrobić, zwłaszcza jeśli nie wywiera się presji własnym podaniem. Oczywiście domorośli fachowcy postawili już na Pani Isi krzyżyk, tak jak by można było cały rok, w każdym turnieju grać znakomicie. Warto pamiętać, że 2 lata temu też w 1. półroczu była nędza, a skończyło się tryumfem w Singapurze. Najśmieszniejsze jest to, że mamy 1 tenisistkę światowego formatu, która o lat utrzymuje się na szczycie i odnosi niemałe sukcesy i zamiast pytać, gdzie są kolejne, to narzekamy, że ta jedna nie wygrywa cały czas. Kiedyś tak było z Adamem Małyszem – wielka euforia przeplatana pytaniami o koniec kariery, podczas gdy tylko on spośród naszych zawodników osiągał jakieś wyniki. Nikt nie pytał, kiedy wreszcie Robert Mateja zacznie regularnie kwalifikować się do konkursów, tylko wszyscy że „Małysz zajął 10. Miejsce”. Historia skoków pokazuje też, jak bardzo brakuje pieniędzy na wspieranie rozwoju tenisa – gdy na bazie sukcesów osamotnionego Małysza znaleziono sponsora i stworzono porządny system szkoleniowy, pojawiło się wielu znakomitych skoczków i zostaliśmy najlepszą drużyną świata. Tymczasem PZT skupia się na sobie, pieniądze gdzieś znikają, a działacze kurczowo trzymają się stołków; ale o tym za chwilę.

Tymczasem Miami potwierdza dobrą formę Venus Williams i Caroline Wozniacki, przebudziły się też Angelique Kerber i Simona Halep.

W ubiegłym tygodniu występował również Jerzy Janowicz, a mianowicie w challengerze w Guadalajarze. Sportowo wynik niezły, doszedł do półfinału, gdzie uległ uzdolnionemu Kanadyjczykowi Szapovałowi, i te 29 punktów na pewno się przyda. Niestety znowu nie zapanował nad nerwami, pokłócił się z sędzią, dostał karę i przegrał mecz. Z mojego amatorskiego doświadczenia wynika, że spór o punkty zawsze kończy się stratą kilku gemów i generalnie nie warto. Trzeba znać też miarę. Jak się nie jest kimś formatu Johna McEnroe, który – jak wspomina Brad Gilbert – był w stanie wykłócić z powrotem stracony punkt, to lepiej skupić się na grze, a nie na „sprawiedliwym” sędziowaniu.

Tymczasem 1. liga gra tak jak panie w Miami. Podobnie jak w Indian Wells świetnie grają Federer, Wawrinka, Nadal, Sock i Kyrgios. Fachowcy prześcigają się w przepowiadaniu kolejnego zwycięstwa tego pierwszego.

Wróćmy na własne podwórko, do naszego tenisowego (pół)światka. Wspominałem tydzień temu o gorączkowym przygotowaniach do zebrania sprawozdawczo-wyborczego i ostrych słowach Roberta Radwańskiego („Wystarczy nie kraść”). Pan Robert wspiera w tym wyścigu Mirosława Skrzypczyńskiego, zamierzającego (któryż to z kolei?) odnowić związek i służyć z całych sił polskiemu tenisowi. Obecnym władzom zarzuca przede wszystkim podejrzane gospodarowanie pieniędzmi. W związku z tym PZT wezwało go do natychmiastowego zaprzestania naruszania dóbr osobistych Związku, w tym w szczególności dobrego imienia, wiarygodności, wizerunku i renomy PZT oraz do usunięcia skutków tych naruszeń (ładne, prawda?), w razie odmowy strasząc wystąpieniem na ścieżkę sądową. Jakoś tak bardziej przeczuwam niż wiem, że może on niestety mieć rację. Oj, będzie się działo.

O wiele sympatyczniejsze wydarzenie miało miejsce w Dąbrowie Górniczej, gdzie na miejskiej hali sportowej nasza wielka nadzieja tenisa, ale przede wszystkim niezwykle sympatyczna dziewczyna, Maja Chwalińska, wzięła udział w zajęciach z dziećmi. Zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości Kolegi, który zamieścił je na swoim koncie na portalu społecznościowym.




Tymczasem Ana Ivanović wędruje po górach, wyjeżdża nad morze, biega po imprezach …

poniedziałek, 20 marca 2017

Tydzień 11., czyli Król Roger




Ubiegły tydzień upłynął w poważnym tenisie upłynął pod znakiem kontynuacji turnieju w Indian Wells. Rozczarowała Agnieszka Radwańska, za to świetny występ w deblu zaliczył Łukasz Kubot. Przy okazji nasza najlepsza tenisistka wypowiedziała się na temat przyspieszonego powrotu i ulgowego traktowania Marii Szarapowej, a Ana Ivanović zapowiedziała udział w półmaratonie. Równie ciekawie jest Polskim Związku Tenisowym, gdzie hasłem tygodnia stało się „Wystarczy nie kraść” Roberta Radwańskiego.

Pani Isia przegrała z Chinką Shuai Peng już w III rundzie. Efektem jest spadek na 8. miejsce w rankingu WTA i aż 18. w Road to Singapur. Ostatnio podobnie nędzny początek sezonu kończyła zwycięstwem w WTA Final; oby tym razem było podobnie.

Bardzo dobrze znowu wypadła Wenus Williams, która przegrała dopiero w ćwierćfinale, wcześniej z wielkim trudem odwracając losy spotkania z Jeleną Janković, i porządnie grająca w tym roku Kristina Mladenović. Do finału dotarła weteranka Svetlana Kuznietsova, gdzie zmierzyła się z rodaczką, Eleną Vesniną. Po nieciekawej, ale prowadzonej w morderczym tempie 3-godzinne łupance wygrała Vesnina.

U panów bardzo szybko, bo już w kolejnym meczu, poległ pogromca Andy Murraya Vasek Pospisil. W IV rundzie pożegnał się z turniejem Novak Djoković, przegrywając z grającym bardzo widowiskowo Nickiem Kyrgiosem. Obaj liderzy rankingu już odwołali swój występ w kolejnym dużym wydarzeniu, jakim jest turniej w Miami. Oficjalnie powodem są kontuzje łokcia.

Świetnie zaprezentował się również Jack Sock. Ale król mógł być tylko jeden i został nim Roger Federer, który grając na granicy brawury w IV rundzie odprawił Rafę Nadala, a w szybkim finale pokonał rodaka, Stana Wawrinkę. Był to jego piąty raz w Indian Wells, dzięki czemu przesunął się w rankingu na 6. miejsce. Swoją drogą to zadziwiające, co kryje w sobie tenis, że taki zawodnik, umiejący absolutnie wszystko, nadal jest w stanie odkrywać nowe możliwości, zmieniać styl, wciąż się rozwijać.

Nie można nie wspomnieć o dużym sukcesie naszego Łukasza Kubota, finiszującego wraz z Marcelo Melo w finale deblowym tej ważnej imprezy.

Tymczasem za kulisami naszego tenisa, w Polskim Związku Tenisowym, trwają nerwowe przygotowania do Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczo-Wyborczego Delegatów, po którym spodziewane jest odświeżenie Zarządu i przewietrzenie związku. Przepływy finansowe, zwłaszcza ze spółką Tenis Polski, okazały się cokolwiek podejrzane. Robert Radwański o kondycji stowarzyszenia powiedział krótko: „Wystarczy nie kraść i będzie dobrze”. Do maja jeszcze trochę czasu, zobaczymy, jak się to wszystko skończy.

Bardziej radosne wieści płyną za to od Any Ivanović. Oświadczyła niedawno, że zamierza przebiec półmaraton. Pierwszą próbę zaplanowała w rodzinnym Belgradzie. Trzymamy kciuki.


poniedziałek, 13 marca 2017

Tydzień 10., czyli jednak srixon



Ubiegły tydzień upłynął dość sennie, w poważnym tenisie odbywały się jedynie eliminacje i pierwsze mecze Indian Wells, czyli jak chcą niektórzy - piątej lewy Wielkiego Szlema. Sympatyków i ekspertów najbardziej poruszała kwestia, jaką rakietę wybierze Agnieszka Radwańska. Nie milkną też echa przyspieszonego powrotu i ulgowego traktowania Marii Szarapowej. Warta szczególnego podkreślenia jest jednak postawa Serhija Stachowskiego, potępiającego niszczenie polskich pomników pamięci na Ukrainie.

Z turniejem w bardzo upalnej w tym roku Kalifornii zdążyła się już pożegnać Magdalena Linette. Przebrnęła kwalifikacje i pierwszą rundę, odpadając w kolejnej z Karoliną Woźniacką. Tradycyjnie już nie rozumiem euforii polskich dziennikarzy, że niby pokazała się z dobrej strony, rozegrała dobre mecze i należą się jej brawa. Otóż nie. Fajnie, była w turnieju głównym, wygrała pewnie w I rundzie z równorzędną przeciwniczką (Taylor Townsend), ale spotkanie z Dunką obnażyło jej wszystkie słabości - grała bardzo schematycznie, była niecierpliwa i zupełnie nie wyczuwała zamiarów przeciwniczki, przez co była ciągle w niedoczasie; przy tym tempie i kierunkach spóźnienie o pół sekundy powoduje, że przy pierwszej takiej piłce ratuje się życie, ledwie ją przebijając na drugą stronę, a przy kolejnej już się tylko macha rakietą, bez szans na uratowanie punktu. Stąd tradycyjny apel - trzeba zmienić trenera, i to pilnie!

Kolejna nasza reprezentantka, Agnieszka Radwańska, w I rundzie miała wolny los, w II zmierzyła się z młodą Hiszpanką, 105. w rankingu Sarą Sorribes Tormo. Przez cały tydzień o wiele bardziej niż sam pojedynek elektryzowała wszystkich kwestia doboru sprzętu. Z jakąż rakietą wyjdzie na kort Radwańska? - krzyczały nagłówki; zwłaszcza że ukazało się zdjęcie z treningu ze starym dobrym babolatem w ręku. Na meczu jednak zaprezentowała się ze srixonem, tyle że innym niż zwykle; do złudzenia przypominał poprzednią rakietę Magdaleny Linette; może to ta sama?

Samo spotkanie było przeciętne, wyraźnie zniecierpliwiona Polka nie mogła doczekać się ostatniej piłki. Hiszpanka wprawdzie utrudniała jej życie, ale sama siła nie okazała się wystarczająca. Dała się za to zapamiętać ze sposobu serwowania. Marion Bartoli robiła to dziwacznie, na określenie serwisu Sorribes Tormo brakuje mi słowa.

Wśród singlistów nie występuje niestety żaden Polak. Pojawiła się za to pierwsza duża niespodzianka - w II rundzie odpadł Andy Murray, przegrywając z wracającym Vaskiem Pospiszilem. Jak zwykle nagłówki typu "Lider przegrywa z kwalifikantem" były tyleż sensacyjne, co mylące, bo przecież Kanadyjczyk to nie byle kto, był już 25. w rankingu i najwyraźniej ma ochotę na rychłe odzyskanie pozycji. No, ale dziennikarze chcą nabijać frekwencję i wymyślają cuda, byle tylko kolejny naiwny czytelnik kliknął na artykuł.

Wspominałem już o niepochlebnych na ogół opiniach tenisistek i tenisistów nt ułatwień w postaci dzikich kart do dużych turniejów dla Marii Szarapowej. Tym razem do chóru dołączyła Karolina Woźniacka, wprost krytykując takie praktyki.

Sporą odwagą wykazał się ukraiński zawodnik, Serhij Stachowski, zdecydowanie (i po polsku) reagując na barbarzyńskie niszczenie pomników polskiej pamięci w okręg lwowskim. Szacun.


Tymczasem Ana Ivanović pochwaliła się malowniczym obrazkiem z codziennego spaceru. Wszyscy chcieliby tam z nią być.