wtorek, 28 marca 2017

Tydzień 12., czyli Roger nadal na fali



W minionym tygodniu niewiele dobrego działo się w polskim tenisie – porażki Radwańskiej i Linette oraz tradycyjne napady szału Janowicza, czyli jak zawsze to co zawsze. Przetrwać na plusie pomagał już zwyczajowo Łukasz Kubot w deblu. Wraz ze zbliżającymi się wyborami coraz ciekawiej się za to robi wokół Polskiego Związku Tenisowego, gdzie pachnie smakowitym procesem z dużą kasą w tle. Promykiem słońca była Niedziela z Tenisem w Dąbrowie Górniczej, z przesympatyczną Mają Chwalińską w roli głównej.  

Trwa kolejny wielki turniej – Miami. Magdalena Linette nie wykorzystała drugiej szansy i po przedostaniu się do imprezy bocznymi drzwiami (jako Lucky Looser), przegrała od razu w I rundzie z Chorwatką Ajlą Tomljanovic, powtarzając do znudzenia ten sam scenariusz – zacięta walka w 3 setach, niewykorzystane sytuacje przy schematycznej grze, opartej o mocne uderzenie z linii końcowej. Za ten brak urozmaicenia i zdecydowania po raz kolejny wysoko zapłaciła. Zatem powtórzę jak mantrę – potrzeba nowego trenera, i to pilnie.

Z kolei Agnieszka Radwańska bez szans w starciu w III rundzie z bezkompromisową Mirjaną Lucić-Baroni. Jeśli ktoś uderza tak mocno i celnie, to faktycznie niewiele można zrobić, zwłaszcza jeśli nie wywiera się presji własnym podaniem. Oczywiście domorośli fachowcy postawili już na Pani Isi krzyżyk, tak jak by można było cały rok, w każdym turnieju grać znakomicie. Warto pamiętać, że 2 lata temu też w 1. półroczu była nędza, a skończyło się tryumfem w Singapurze. Najśmieszniejsze jest to, że mamy 1 tenisistkę światowego formatu, która o lat utrzymuje się na szczycie i odnosi niemałe sukcesy i zamiast pytać, gdzie są kolejne, to narzekamy, że ta jedna nie wygrywa cały czas. Kiedyś tak było z Adamem Małyszem – wielka euforia przeplatana pytaniami o koniec kariery, podczas gdy tylko on spośród naszych zawodników osiągał jakieś wyniki. Nikt nie pytał, kiedy wreszcie Robert Mateja zacznie regularnie kwalifikować się do konkursów, tylko wszyscy że „Małysz zajął 10. Miejsce”. Historia skoków pokazuje też, jak bardzo brakuje pieniędzy na wspieranie rozwoju tenisa – gdy na bazie sukcesów osamotnionego Małysza znaleziono sponsora i stworzono porządny system szkoleniowy, pojawiło się wielu znakomitych skoczków i zostaliśmy najlepszą drużyną świata. Tymczasem PZT skupia się na sobie, pieniądze gdzieś znikają, a działacze kurczowo trzymają się stołków; ale o tym za chwilę.

Tymczasem Miami potwierdza dobrą formę Venus Williams i Caroline Wozniacki, przebudziły się też Angelique Kerber i Simona Halep.

W ubiegłym tygodniu występował również Jerzy Janowicz, a mianowicie w challengerze w Guadalajarze. Sportowo wynik niezły, doszedł do półfinału, gdzie uległ uzdolnionemu Kanadyjczykowi Szapovałowi, i te 29 punktów na pewno się przyda. Niestety znowu nie zapanował nad nerwami, pokłócił się z sędzią, dostał karę i przegrał mecz. Z mojego amatorskiego doświadczenia wynika, że spór o punkty zawsze kończy się stratą kilku gemów i generalnie nie warto. Trzeba znać też miarę. Jak się nie jest kimś formatu Johna McEnroe, który – jak wspomina Brad Gilbert – był w stanie wykłócić z powrotem stracony punkt, to lepiej skupić się na grze, a nie na „sprawiedliwym” sędziowaniu.

Tymczasem 1. liga gra tak jak panie w Miami. Podobnie jak w Indian Wells świetnie grają Federer, Wawrinka, Nadal, Sock i Kyrgios. Fachowcy prześcigają się w przepowiadaniu kolejnego zwycięstwa tego pierwszego.

Wróćmy na własne podwórko, do naszego tenisowego (pół)światka. Wspominałem tydzień temu o gorączkowym przygotowaniach do zebrania sprawozdawczo-wyborczego i ostrych słowach Roberta Radwańskiego („Wystarczy nie kraść”). Pan Robert wspiera w tym wyścigu Mirosława Skrzypczyńskiego, zamierzającego (któryż to z kolei?) odnowić związek i służyć z całych sił polskiemu tenisowi. Obecnym władzom zarzuca przede wszystkim podejrzane gospodarowanie pieniędzmi. W związku z tym PZT wezwało go do natychmiastowego zaprzestania naruszania dóbr osobistych Związku, w tym w szczególności dobrego imienia, wiarygodności, wizerunku i renomy PZT oraz do usunięcia skutków tych naruszeń (ładne, prawda?), w razie odmowy strasząc wystąpieniem na ścieżkę sądową. Jakoś tak bardziej przeczuwam niż wiem, że może on niestety mieć rację. Oj, będzie się działo.

O wiele sympatyczniejsze wydarzenie miało miejsce w Dąbrowie Górniczej, gdzie na miejskiej hali sportowej nasza wielka nadzieja tenisa, ale przede wszystkim niezwykle sympatyczna dziewczyna, Maja Chwalińska, wzięła udział w zajęciach z dziećmi. Zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości Kolegi, który zamieścił je na swoim koncie na portalu społecznościowym.




Tymczasem Ana Ivanović wędruje po górach, wyjeżdża nad morze, biega po imprezach …

poniedziałek, 20 marca 2017

Tydzień 11., czyli Król Roger




Ubiegły tydzień upłynął w poważnym tenisie upłynął pod znakiem kontynuacji turnieju w Indian Wells. Rozczarowała Agnieszka Radwańska, za to świetny występ w deblu zaliczył Łukasz Kubot. Przy okazji nasza najlepsza tenisistka wypowiedziała się na temat przyspieszonego powrotu i ulgowego traktowania Marii Szarapowej, a Ana Ivanović zapowiedziała udział w półmaratonie. Równie ciekawie jest Polskim Związku Tenisowym, gdzie hasłem tygodnia stało się „Wystarczy nie kraść” Roberta Radwańskiego.

Pani Isia przegrała z Chinką Shuai Peng już w III rundzie. Efektem jest spadek na 8. miejsce w rankingu WTA i aż 18. w Road to Singapur. Ostatnio podobnie nędzny początek sezonu kończyła zwycięstwem w WTA Final; oby tym razem było podobnie.

Bardzo dobrze znowu wypadła Wenus Williams, która przegrała dopiero w ćwierćfinale, wcześniej z wielkim trudem odwracając losy spotkania z Jeleną Janković, i porządnie grająca w tym roku Kristina Mladenović. Do finału dotarła weteranka Svetlana Kuznietsova, gdzie zmierzyła się z rodaczką, Eleną Vesniną. Po nieciekawej, ale prowadzonej w morderczym tempie 3-godzinne łupance wygrała Vesnina.

U panów bardzo szybko, bo już w kolejnym meczu, poległ pogromca Andy Murraya Vasek Pospisil. W IV rundzie pożegnał się z turniejem Novak Djoković, przegrywając z grającym bardzo widowiskowo Nickiem Kyrgiosem. Obaj liderzy rankingu już odwołali swój występ w kolejnym dużym wydarzeniu, jakim jest turniej w Miami. Oficjalnie powodem są kontuzje łokcia.

Świetnie zaprezentował się również Jack Sock. Ale król mógł być tylko jeden i został nim Roger Federer, który grając na granicy brawury w IV rundzie odprawił Rafę Nadala, a w szybkim finale pokonał rodaka, Stana Wawrinkę. Był to jego piąty raz w Indian Wells, dzięki czemu przesunął się w rankingu na 6. miejsce. Swoją drogą to zadziwiające, co kryje w sobie tenis, że taki zawodnik, umiejący absolutnie wszystko, nadal jest w stanie odkrywać nowe możliwości, zmieniać styl, wciąż się rozwijać.

Nie można nie wspomnieć o dużym sukcesie naszego Łukasza Kubota, finiszującego wraz z Marcelo Melo w finale deblowym tej ważnej imprezy.

Tymczasem za kulisami naszego tenisa, w Polskim Związku Tenisowym, trwają nerwowe przygotowania do Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczo-Wyborczego Delegatów, po którym spodziewane jest odświeżenie Zarządu i przewietrzenie związku. Przepływy finansowe, zwłaszcza ze spółką Tenis Polski, okazały się cokolwiek podejrzane. Robert Radwański o kondycji stowarzyszenia powiedział krótko: „Wystarczy nie kraść i będzie dobrze”. Do maja jeszcze trochę czasu, zobaczymy, jak się to wszystko skończy.

Bardziej radosne wieści płyną za to od Any Ivanović. Oświadczyła niedawno, że zamierza przebiec półmaraton. Pierwszą próbę zaplanowała w rodzinnym Belgradzie. Trzymamy kciuki.


poniedziałek, 13 marca 2017

Tydzień 10., czyli jednak srixon



Ubiegły tydzień upłynął dość sennie, w poważnym tenisie odbywały się jedynie eliminacje i pierwsze mecze Indian Wells, czyli jak chcą niektórzy - piątej lewy Wielkiego Szlema. Sympatyków i ekspertów najbardziej poruszała kwestia, jaką rakietę wybierze Agnieszka Radwańska. Nie milkną też echa przyspieszonego powrotu i ulgowego traktowania Marii Szarapowej. Warta szczególnego podkreślenia jest jednak postawa Serhija Stachowskiego, potępiającego niszczenie polskich pomników pamięci na Ukrainie.

Z turniejem w bardzo upalnej w tym roku Kalifornii zdążyła się już pożegnać Magdalena Linette. Przebrnęła kwalifikacje i pierwszą rundę, odpadając w kolejnej z Karoliną Woźniacką. Tradycyjnie już nie rozumiem euforii polskich dziennikarzy, że niby pokazała się z dobrej strony, rozegrała dobre mecze i należą się jej brawa. Otóż nie. Fajnie, była w turnieju głównym, wygrała pewnie w I rundzie z równorzędną przeciwniczką (Taylor Townsend), ale spotkanie z Dunką obnażyło jej wszystkie słabości - grała bardzo schematycznie, była niecierpliwa i zupełnie nie wyczuwała zamiarów przeciwniczki, przez co była ciągle w niedoczasie; przy tym tempie i kierunkach spóźnienie o pół sekundy powoduje, że przy pierwszej takiej piłce ratuje się życie, ledwie ją przebijając na drugą stronę, a przy kolejnej już się tylko macha rakietą, bez szans na uratowanie punktu. Stąd tradycyjny apel - trzeba zmienić trenera, i to pilnie!

Kolejna nasza reprezentantka, Agnieszka Radwańska, w I rundzie miała wolny los, w II zmierzyła się z młodą Hiszpanką, 105. w rankingu Sarą Sorribes Tormo. Przez cały tydzień o wiele bardziej niż sam pojedynek elektryzowała wszystkich kwestia doboru sprzętu. Z jakąż rakietą wyjdzie na kort Radwańska? - krzyczały nagłówki; zwłaszcza że ukazało się zdjęcie z treningu ze starym dobrym babolatem w ręku. Na meczu jednak zaprezentowała się ze srixonem, tyle że innym niż zwykle; do złudzenia przypominał poprzednią rakietę Magdaleny Linette; może to ta sama?

Samo spotkanie było przeciętne, wyraźnie zniecierpliwiona Polka nie mogła doczekać się ostatniej piłki. Hiszpanka wprawdzie utrudniała jej życie, ale sama siła nie okazała się wystarczająca. Dała się za to zapamiętać ze sposobu serwowania. Marion Bartoli robiła to dziwacznie, na określenie serwisu Sorribes Tormo brakuje mi słowa.

Wśród singlistów nie występuje niestety żaden Polak. Pojawiła się za to pierwsza duża niespodzianka - w II rundzie odpadł Andy Murray, przegrywając z wracającym Vaskiem Pospiszilem. Jak zwykle nagłówki typu "Lider przegrywa z kwalifikantem" były tyleż sensacyjne, co mylące, bo przecież Kanadyjczyk to nie byle kto, był już 25. w rankingu i najwyraźniej ma ochotę na rychłe odzyskanie pozycji. No, ale dziennikarze chcą nabijać frekwencję i wymyślają cuda, byle tylko kolejny naiwny czytelnik kliknął na artykuł.

Wspominałem już o niepochlebnych na ogół opiniach tenisistek i tenisistów nt ułatwień w postaci dzikich kart do dużych turniejów dla Marii Szarapowej. Tym razem do chóru dołączyła Karolina Woźniacka, wprost krytykując takie praktyki.

Sporą odwagą wykazał się ukraiński zawodnik, Serhij Stachowski, zdecydowanie (i po polsku) reagując na barbarzyńskie niszczenie pomników polskiej pamięci w okręg lwowskim. Szacun.


Tymczasem Ana Ivanović pochwaliła się malowniczym obrazkiem z codziennego spaceru. Wszyscy chcieliby tam z nią być.


poniedziałek, 6 marca 2017

Tydzień 9., czyli przebudzenie Magdaleny Linette



Dzisiaj urodziny Agnieszki Radwańskiej, tak więc w pierwszych słowach mego listu najlepsze życzenia, spełnienia marzeń, zwłaszcza o Wielkim Szlemie. Poza tym ubiegły tydzień przyniósł całkiem fajne wyniki Magdaleny Linette i Michał Przysiężnego, zwanego żartobliwie polskim Federerem, a także pierwsze reakcje na wcześniejszy powrót Marii Szarapowej i rzadko spotykany kuriozalny serwis z dołu Pablo Cuevasa.

Zacznijmy od naszej 2. damskiej rakiety, pani Magdy. W poprzednim poście wróżyłem jej ćwierćfinał w Kuala Lumpur, doszła o poziom wyżej, do półfinału, awansowała też na 80. miejsce w rankingu. Gratulacje. Oczywiście zgodnie z przewidywaniami w pierwszym meczu męczyła się niemiłosiernie i przez chwilę się nawet o nią bałem, skończyło się dobrze. Oby utrzymała tę passę. Warto przy okazji wspomnieć, że nasza reprezentantka podpisała umowę z Babolatem i przestała wreszcie grać jakimś no-namem (jak podają dobrze poinformowane źródła, okazał się on srixonem).

Z kolei w challengerze we Wrocławiu przypomniał o sobie Michał Przysiężny, pokonując takich zawodników jak Lukas Lacko czy Mirza Basic i meldując się w finale, gdzie przegrał ze znakomitym niegdyś i nadal bardzo wymagającym, leworęcznym Austriakiem Jürgenem Melzerem. Dało mu to solidny awans (o 99 lokat) na miejsce 303, co wygląda bardzo spektakularnie, w praktyce jednak nadal oznacza konieczność kwalifikowania się do turniejów tej rangi.

W zawodach wystąpiło w sumie 6. naszych tenisistów, z których - oprócz "Ołówka" - tylko Jerzy Janowicz przebrnął przez I rundę. Apetyty po zwycięstwie w Bergamo były na pewno większe, skończyło się na II rundzie; w ten sposób powtórzyła się historia z września ubiegłego roku, gdy świeżo po tryumfie w Genui nasz JJ odpadł w II rundzie challengera w Szczecinie.

Tymczasem w tenisowej ekstraklasie po miesiącu wypoczynku objawiły się wreszcie największe gwiazdy - Federer, Djoković, Nadal i Murray. Ten pierwszy odpadł nieco sensacyjnie już w II rundzie turnieju w Dubaju (ATP 500), przegrywając z kwalifikantem Jewgienijem Donskojem. Całą imprezę wygrał Andy Murray, zwyciężając dość pewnie z Fernando Verdasco.

Z kolei Djoković odpadł w ćwierćfinale zawodów w Acapulco w rywalizacji z Nickiem Kyrgiosem. Nadal zaś przegrał tam dopiero w finale z Samem Querreyem.

Panowie spotkali się także w Sao Paulo podczas Brasil Open (ATP 250). Tutaj w finale o 3. tryumf z rzędu walczył z Albertem Ramosem-Viñolasem Pablo Cuevas. Niestety zmagania te przy stanie 7:6(3) 3:3 przerwał deszcz. Mecz, kontynuowany dzień później niemal bez publiczności, został dokończony w dwóch podejściach, z przerwą na poprawienie kortu. Ostatecznie wygrał Cuevas, serwując ostatnią piłkę dość kuriozalnie z dołu, by zaskoczyć przeciwnika. Warto przypomnieć, że 3 tygodnie temu mieliśmy już takiego zucha, który wygrał ten sam turniej 3. raz z rzędu; chodzi oczywiście o Victora Estrellę Burgosa w turnieju ekwadorskim.

W Acapulco równolegle z turniejem męskim odbywał się też damski. Wygrała Ukrainka Lesia Tsurenko, z bardzo dobrej strony znowu pokazały się Kristina Mladenović (finał) i Mirjana Lucić-Baroni (półfinał). Generalnie warto odnotować w damskiej i męskiej rywalizacji coraz większą reprezentację solidnych ukraińskich zawodników.

We wspomnianym już Kuala Lumpur tryumfowała zaś Ashleigh Barty, pokonując półfinałową pogromczynię Magdaleny Linette, Japonkę Nao Hibino.

Sporo komentarzy wywołały też wieści nt kolejnych dzikich kart przyznawanych po skróconym zawieszeniu Marii Szarapowej. Zdecydowali się już na to organizatorzy turniejów w Stuttgarcie, Madrycie i Rzymie. Za to Francuzi jak to Francuzi - z jednej strony nie przewidują takiego ruchu w przypadku French Open, ale i do końca tego nie wykluczają. Głos w sprawie takich przywilejów zabrali Andy Murray, Roger Federer i Garbine Muguruza. Brytyjczyk zdecydowanie jest przeciw stosowaniu taryfy ulgowej, jednak rozumie organizatorów, którzy chcą po prostu więcej zarobić na biletach. Federer okazał się być za, a nawet przeciw (zawieszenie to zawieszenie; trudna sprawa i takie tam). Za to zupełnie bezkompromisowo wypowiedziała się Garbine Muguruza: Zawodniczki nie są zainteresowane jej powrotem. Osobiście, nawet nie pamiętam Szarapowej - powiedziała nie ukrywając emocji. Pierwszy raz chyba zgadzam się z opinią hiszpańskiej tenisistki.

Tymczasem Ana Ivanović zamieściła w sieci obrazy z beztroskiej zabawy w jakimś klubie. Cóż, wesołe jest życie emerytki.


poniedziałek, 27 lutego 2017

Tydzień 8., czyli Janowicz powraca




W ubiegłym tygodniu trochę się działo na kortach z udziałem naszych zawodników. Panie wprawdzie nie mają się czym pochwalić, za to Jerzy Janowicz powoli odbudowuje formę i ranking.

JJ bardzo udanie zaprezentował się w challengerze w Bergamo, zdobywając 6. w karierze tytuł w zawodach tej rangi. Co najważniejsze zarobił też 90 punktów w klasyfikacji ATP, dzięki czemu awansował na 186. miejsce w rankingu. Z radości rundę honorową pod flagą biało-czerwoną wykonał na motorowerze. 



Przed nim kolejny challenger, tym razem we Wrocławiu. Trzymamy kciuki.

Gorzej było z Polkami. Agnieszka Radwańska odpadła w III rundzie turnieju kategorii Premier 5 w Dubaju. Pokonała ją 17-letnia CiCi Bellis, grająca odważnie, bezkompromisowo, agresywnie w ataku i z dużą determinacją w obronie. Radwańska nie była w stanie wydłużyć piłki, co świetnie wykorzystywała rywalka, posyłając raz za razem celną bombę na drugą stronę siatki.

Z kolei na I rundzie zakończyła udział w turnieju w Budapeszcie Magdalena Linette. Przegrała tam w 3. setach z Lucie Safarovą, tradycyjnie po długiej i wyczerpującej walce. Nieco zadziwiły mnie komentarze po tym spotkaniu, gdzie mimo przegranej podkreślano bardzo dobry występ Polki. Jak wiadomo w tenisie nie ma ani remisów ani punktów za wrażenie artystyczne i mecz trzeba po prostu wygrać. Tymczasem nasze reprezentantka nie umie tego zrobić od początku sezonu, za to zawsze walczy z wielką determinacją, osiągając nawet przewagi punktowe. Sprawdźmy jej wyniki - Auckland 2:6 6:4 4:6, Sydney 6:3 3:6 5:7, AO 4:6 5:7, Taipei 3:6 7:5 4:6, Budapeszt 0:6 7:5 6:7(4). Wszystko to tylko potwierdza moją po raz kolejny już powtarzaną diagnozę, że potrzebna jest zmiana trenera, i to pilna.

Teraz Linette wystąpi w słabo obsadzonym turnieju w Kuala Lumpur, gdzie na dzień dobry zmierzy się z dysponującą dziką kartą Ukrainką Katariną Zavatską. Okupuje ona póki co 630. pozycję rankingową i jeśli z nią się Polce nie uda wygrać, to już nie wiem, na kogo musiałaby trafić. Dla zobrazowania pozycji Ukrainki - jest to mniej więcej poziom naszej utalentowanej juniorki, Mai Chwalińskiej (662). Tak czy śmak przewiduję kolejne męczarnie, mam nadzieję, że z happy endem. W sumie po dosyć szczęśliwym losowaniu mogłaby dojść do III rundy.

Dwie Polki wystąpiły jeszcze w kwalifikacjach do tych zawodów, odpadając jednak II (Urszula Radwańska) i I rundzie (Paula Kania).

Tymczasem we wspomnianym na początku Dubaju zwyciężyła młoda Ukrainka Elina Svitolina, po drodze już 2. raz w tym sezonie pokonując Angelique Kerber. Co ciekawe, jest to pierwsza zawodniczka w tym roku, która ma na koncie więcej niż jedno zwycięstwo w turnieju WTA. Najważniejsze jednak dla niej samej jest to, że dzięki temu - jako 1. Ukrainka - zadebiutuje w 1. dziesiątce rankingu.

W Budapeszcie pogromczyni Magdaleny Linette doszła aż do finału, gdzie przegrała z faworytką gospodarzy Timeą Babos, która dzięki temu mogła świętować 2. tytuł WTA w karierze.

Panowie rozgrywali 3 turnieje. Jeden z nich odbywał się we francuskiej Marsylii, gdzie podobnie jak 2 tygodnie temu Montpellier zaroiło się od tenisistów francuskich, z których znowu 3. dotarło aż do półfinału. Tym razem jednak wygrał 1 z nich, Jo-Wilfried Tsonga, pokonując w finale rodaka, Lucasa Pouille. Premią za to zwycięstwo jest awans do pierwszej dziesiątki rankingu, na miejsce 7. Tym samym historyczny pobyt Davida Goffina w Top10 zakończył się po tygodniu.

W Delray Beach mieli zagrać w finale Miloś Raonić z Jackiem Sockiem. Niestety Kanadyjczyk nabawił się kontuzji i oddał mecz walkowerem. Tym samym Sock zdobył swój 2. tytuł w sezonie. Warto odnotować, że była to 1. w tym roku impreza, na której pojawił się Juan-Martin del Potro. Sympatyczny Argentyńczyk pokazał się z bardzo dobrej strony, przegrywając dopiero z półfinale z Raoniciem.

Z kolei turniej w Rio de Janeiro zdominował Dominic Thiem, wygrywając po meczu z Hiszpanem Pablo Carreno. Sam Hiszpan o mało nie zakończył swej przygody w Rio rundę wcześniej, gdzie omal nie przegrał z rewelacją imprezy, młodziutkim Norwegiem Casperem Ruudem. Temu ostatniemu dało to gigantyczny awans o 75 pozycji na miejsce 133. Tym samym jest coraz bliżej występu bez kwalifikacji w swoim pierwszym turnieju wielkoszlemowym.


Tymczasem Ana Ivanović wyznała, że zaraz po wstaniu pije świeżą wodę z limonką lub cytryną. Wspaniale.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Tydzień 7., czyli dorosłe sukcesy juniorek


Miniony tydzień na pozór przyniósł niewiele ciekawego dla polskich kibiców. Szybkie pożegnanie Radwańskiej z niespodziewanie zdezorganizowanym przez deszcz turniejem w Doha mogłoby zakończyć to podsumowanie, gdyby nie udane występy naszych juniorek w całkiem seniorskich zawodach.



Iga Świątek wygrała w Bergamo, natomiast Maja Chwalińska wystąpiła w finale w Wirral, gdzie na drodze do pełni szczęścia stanęła starsza o 3 lata Brytyjka Maia Lumsden oraz kontuzja kolana. Na otarcie łez pozostanie jej tytuł deblowy, zdobyty w parze z Japonką Miyabi Inoue. Mai życzymy rychłego powrotu do zdrowia. Oczywiście los juniorek w dalszej karierze bywa różny, na co jest mnóstwo przykładów również na naszym podwórku (chociażby Aleksandra Olsza)  i co do rokowań naszych młodych tenisistek pozostańmy ostrożni, jednak mimo wszystko te wyniki cieszą i skrycie marzymy chyba wszyscy, by im się udało.

W rankingu WTA bez większych zmian, Polki w zasadzie również zachowały swoje pozycje.

Tymczasem panowie, choć bez ścisłej czołówki, rywalizowali w 3 turniejach. Najciekawszy i dobrze obsadzony był turniej w Rotterdamie, gdzie początkowo w kwalifikacjach miał wystąpić Jerzy Janowicz, jednak w ostatniej chwili zrezygnował (podobno z powodu kłopotów komunikacyjnych). Za to kolejny raz w ciągu 2 tygodni zobaczyliśmy w finale Davida Goffina, który przegrał jednak walkę o tytuł z Jo-Wilfriedem Tsongą. Ograł za to w ćwierćfinale Bułgara Dimitrova, rewanżując się z porażkę w Sofii. W sumie dało mu to historyczny awans i jako pierwszy Belg trafił do pierwszej 10. rankingu ATP.

Z kolei za oceanem, w Memphis po swój pierwszy tytuł sięgnął Amerykanin Ryan Harrison, natomiast w Buenos Aires sukces odniósł Ukrainiec Dołgopołow, wygrywając z Kei Nishikorim.

Poza tym okazało się, że musimy się odzwyczaić od widoku Toniego Nadala w boksie bratanka z Majorki. Oświadczył on bowiem, że po tym sezonie zamierza skoncentrować się na trenowaniu wschodzących gwiazd w ich akademii tenisowej. Wiadomo też, że nie najlepiej się czuł odstawiony nieco na boczny tor przez inne osoby ze sztabu hiszpańskiej gwiazdy.

Na koniec tradycyjnie Ana Ivanović. Z okazji walentynek zamieściła na fejsie zdjęcie ślicznego bukietu róż z życzeniami dla wszystkich. Urocze.


poniedziałek, 13 lutego 2017

Tydzień 6., czyli Polki na dłużej w 3. lidze


Podobnie jak w ubiegłym tygodniu najbardziej interesujące były dla nas rozgrywki reprezentacji. Tym razem panie próbowały bez skutku awansować do II. ligi. Podopieczne Klaudii Lans ... przepraszam - Jans-Ignacik spisały się i tak lepiej niż oczekiwałem, wygrywając z Austrią i Gruzją, jednak w decydującym meczu z Serbią niestety poległy.



Na pewno cieszą wygrane singlowe Katarzyny Piter czy - wreszcie - Magdaleny Linette. Martwią niestety tłumaczenia po porażce, które brzmią jak zwykle: Jesteśmy mądrzejsi o ten wyjazd; Jesteśmy w najlepszej czwórce - same pozytywne kwestie jeśli chodzi o ten tydzień (Jans-Ignacik); To jest tenis, Musimy wyciągnąć wnioski i za rok będzie lepiej (Linette). Przy takim podejściu nie będzie łatwo.

(Nie)ciekawa historia miała za to miejsce w meczu Amerykanek z Niemkami na Hawajach. Otóż gospodarze wynajęli do zaśpiewania niemieckiego hymnu gościa, który pomylił wersje i zapodał hitlerowski tekst zaczynający się od słów Deutschland, Deutschland über alles, co się wykłada Niemcy ponad wszystko. Wprawdzie szefowa amerykańskiego związku błyskawicznie przeprosiła ustnie i pisemnie, jednak jak podkreślił przewodniczący Niemieckiego Związku Tenisowego Ulrich Klaus, odegranie hymnu kojarzącego się z okrucieństwami dawno minionej przeszłości było dla zawodniczek, opiekunów, funkcjonariuszy jak również niemieckich fanów zarówno szokujące, jak i wstrząsające.

Tymczasem panowie, choć bez największych gwiazd, rywalizowali w 3 turniejach. W Sofii wystąpił Jerzy Janowicz, który po tradycyjnie już mało szczęśliwym losowaniu trafił w II rundzie na reprezentanta gospodarzy, Grigora Dimitrowa. Przy zupełnie nieprawdopodobnym zachowaniu publiczności, fetującej każdą pomyłkę Polaka, przegrał po zaciętej walce w 3 setach. Bułgar tymczasem ku szalonej uciesze gawiedzi zwyciężył w całym turnieju, pokonując w finale Davida Goffina. Trzeba przyznać, że ten mały Belg swoją grą i wynikami w meczach z młócącymi niemożebnie atletami utrzymuje moją wiarę w tenis.

Z kolei w Montpellier zaroiło się od tenisistów francuskich, z których 3 dotarło aż do półfinału. Wygrał jednak ten 4., Niemiec Alexander Zverev, który w parze z bratem Mischą, niedawną rewelacją Australian Open, zdobył również mistrzostwo w deblu.

Zgodnie z tradycją zakończył się turniej w Ekwadorze, gdzie 3. już raz z rzędu wygrał Victor Estrella Burgos. Co ciekawe, w żadnym innym turnieju nie był on w finale. Zwycięstwo to pozwoliło mu również na spory awans, bo aż o 63 pozycje na miejsce 93.

W rankingu bez rewolucji. Dimitrov skoczył o 3 oczka i jest teraz nrem 12, Jerzy Janowicz wyprzedził Kamila Majchrzaka (261), lokując się na miejscu 248.

Poza tym pojawiło się trochę niewybrednych plotek dzięki zwierzeniom do niedawna aktywnej rosyjskiej tenisistki, Jekatieriny Byczkowej. W wywiadzie dla Eurosportu obsmarowała parę gwiazd światowych kortów. Okazało się, że David Ferrer jest nałogowym palaczem (strach pomyśleć, ile by trwały jego pojedynki, gdyby nie kopcił paczki dziennie!), Djoković stał się zbyt poważny i spięty, Wawrinka z kolei jest zbyt wyluzowany, bo potrafi cały turniej imprezować, a mimo to wygrywać. Najbardziej pozytywna w tourze jest Cibulkova, która kazała mężowi rzucić robotę i wszędzie go wozi ze sobą, bo jest śmiesznie i fajnie. No i dowiedzieliśmy się, że co 10. zawodniczka jest lesbijką, w tym Carla Suarez-Navarro, podróżująca z partnerką, również tenisistką. Żeby nie było - żadna z nich nie jest Rosjanką, podobnie zresztą jak Szarapowa, która jest bardziej Amerykanką niż Rosjanką.

Tymczasem Rafa Nadal oświadczył, że jego największym marzeniem jest zostać kiedyś prezesem Realu Madryt. To się nazywa sięgać wysoko.

Na koniec zgodnie ze zwyczajem sprawdźmy, co słychać u mojej ulubionej emerytki, Any Ivanović. Otóż w uznaniu za wykreowanie samej siebie jako bardzo rozpoznawalnej marki otrzymała Brand Laureate Award, przyznawaną przez Asia Pacific Brands Foundation. Ze złotą figurką bardzo jej do twarzy.