poniedziałek, 6 marca 2017

Tydzień 9., czyli przebudzenie Magdaleny Linette



Dzisiaj urodziny Agnieszki Radwańskiej, tak więc w pierwszych słowach mego listu najlepsze życzenia, spełnienia marzeń, zwłaszcza o Wielkim Szlemie. Poza tym ubiegły tydzień przyniósł całkiem fajne wyniki Magdaleny Linette i Michał Przysiężnego, zwanego żartobliwie polskim Federerem, a także pierwsze reakcje na wcześniejszy powrót Marii Szarapowej i rzadko spotykany kuriozalny serwis z dołu Pablo Cuevasa.

Zacznijmy od naszej 2. damskiej rakiety, pani Magdy. W poprzednim poście wróżyłem jej ćwierćfinał w Kuala Lumpur, doszła o poziom wyżej, do półfinału, awansowała też na 80. miejsce w rankingu. Gratulacje. Oczywiście zgodnie z przewidywaniami w pierwszym meczu męczyła się niemiłosiernie i przez chwilę się nawet o nią bałem, skończyło się dobrze. Oby utrzymała tę passę. Warto przy okazji wspomnieć, że nasza reprezentantka podpisała umowę z Babolatem i przestała wreszcie grać jakimś no-namem (jak podają dobrze poinformowane źródła, okazał się on srixonem).

Z kolei w challengerze we Wrocławiu przypomniał o sobie Michał Przysiężny, pokonując takich zawodników jak Lukas Lacko czy Mirza Basic i meldując się w finale, gdzie przegrał ze znakomitym niegdyś i nadal bardzo wymagającym, leworęcznym Austriakiem Jürgenem Melzerem. Dało mu to solidny awans (o 99 lokat) na miejsce 303, co wygląda bardzo spektakularnie, w praktyce jednak nadal oznacza konieczność kwalifikowania się do turniejów tej rangi.

W zawodach wystąpiło w sumie 6. naszych tenisistów, z których - oprócz "Ołówka" - tylko Jerzy Janowicz przebrnął przez I rundę. Apetyty po zwycięstwie w Bergamo były na pewno większe, skończyło się na II rundzie; w ten sposób powtórzyła się historia z września ubiegłego roku, gdy świeżo po tryumfie w Genui nasz JJ odpadł w II rundzie challengera w Szczecinie.

Tymczasem w tenisowej ekstraklasie po miesiącu wypoczynku objawiły się wreszcie największe gwiazdy - Federer, Djoković, Nadal i Murray. Ten pierwszy odpadł nieco sensacyjnie już w II rundzie turnieju w Dubaju (ATP 500), przegrywając z kwalifikantem Jewgienijem Donskojem. Całą imprezę wygrał Andy Murray, zwyciężając dość pewnie z Fernando Verdasco.

Z kolei Djoković odpadł w ćwierćfinale zawodów w Acapulco w rywalizacji z Nickiem Kyrgiosem. Nadal zaś przegrał tam dopiero w finale z Samem Querreyem.

Panowie spotkali się także w Sao Paulo podczas Brasil Open (ATP 250). Tutaj w finale o 3. tryumf z rzędu walczył z Albertem Ramosem-Viñolasem Pablo Cuevas. Niestety zmagania te przy stanie 7:6(3) 3:3 przerwał deszcz. Mecz, kontynuowany dzień później niemal bez publiczności, został dokończony w dwóch podejściach, z przerwą na poprawienie kortu. Ostatecznie wygrał Cuevas, serwując ostatnią piłkę dość kuriozalnie z dołu, by zaskoczyć przeciwnika. Warto przypomnieć, że 3 tygodnie temu mieliśmy już takiego zucha, który wygrał ten sam turniej 3. raz z rzędu; chodzi oczywiście o Victora Estrellę Burgosa w turnieju ekwadorskim.

W Acapulco równolegle z turniejem męskim odbywał się też damski. Wygrała Ukrainka Lesia Tsurenko, z bardzo dobrej strony znowu pokazały się Kristina Mladenović (finał) i Mirjana Lucić-Baroni (półfinał). Generalnie warto odnotować w damskiej i męskiej rywalizacji coraz większą reprezentację solidnych ukraińskich zawodników.

We wspomnianym już Kuala Lumpur tryumfowała zaś Ashleigh Barty, pokonując półfinałową pogromczynię Magdaleny Linette, Japonkę Nao Hibino.

Sporo komentarzy wywołały też wieści nt kolejnych dzikich kart przyznawanych po skróconym zawieszeniu Marii Szarapowej. Zdecydowali się już na to organizatorzy turniejów w Stuttgarcie, Madrycie i Rzymie. Za to Francuzi jak to Francuzi - z jednej strony nie przewidują takiego ruchu w przypadku French Open, ale i do końca tego nie wykluczają. Głos w sprawie takich przywilejów zabrali Andy Murray, Roger Federer i Garbine Muguruza. Brytyjczyk zdecydowanie jest przeciw stosowaniu taryfy ulgowej, jednak rozumie organizatorów, którzy chcą po prostu więcej zarobić na biletach. Federer okazał się być za, a nawet przeciw (zawieszenie to zawieszenie; trudna sprawa i takie tam). Za to zupełnie bezkompromisowo wypowiedziała się Garbine Muguruza: Zawodniczki nie są zainteresowane jej powrotem. Osobiście, nawet nie pamiętam Szarapowej - powiedziała nie ukrywając emocji. Pierwszy raz chyba zgadzam się z opinią hiszpańskiej tenisistki.

Tymczasem Ana Ivanović zamieściła w sieci obrazy z beztroskiej zabawy w jakimś klubie. Cóż, wesołe jest życie emerytki.


poniedziałek, 27 lutego 2017

Tydzień 8., czyli Janowicz powraca




W ubiegłym tygodniu trochę się działo na kortach z udziałem naszych zawodników. Panie wprawdzie nie mają się czym pochwalić, za to Jerzy Janowicz powoli odbudowuje formę i ranking.

JJ bardzo udanie zaprezentował się w challengerze w Bergamo, zdobywając 6. w karierze tytuł w zawodach tej rangi. Co najważniejsze zarobił też 90 punktów w klasyfikacji ATP, dzięki czemu awansował na 186. miejsce w rankingu. Z radości rundę honorową pod flagą biało-czerwoną wykonał na motorowerze. 



Przed nim kolejny challenger, tym razem we Wrocławiu. Trzymamy kciuki.

Gorzej było z Polkami. Agnieszka Radwańska odpadła w III rundzie turnieju kategorii Premier 5 w Dubaju. Pokonała ją 17-letnia CiCi Bellis, grająca odważnie, bezkompromisowo, agresywnie w ataku i z dużą determinacją w obronie. Radwańska nie była w stanie wydłużyć piłki, co świetnie wykorzystywała rywalka, posyłając raz za razem celną bombę na drugą stronę siatki.

Z kolei na I rundzie zakończyła udział w turnieju w Budapeszcie Magdalena Linette. Przegrała tam w 3. setach z Lucie Safarovą, tradycyjnie po długiej i wyczerpującej walce. Nieco zadziwiły mnie komentarze po tym spotkaniu, gdzie mimo przegranej podkreślano bardzo dobry występ Polki. Jak wiadomo w tenisie nie ma ani remisów ani punktów za wrażenie artystyczne i mecz trzeba po prostu wygrać. Tymczasem nasze reprezentantka nie umie tego zrobić od początku sezonu, za to zawsze walczy z wielką determinacją, osiągając nawet przewagi punktowe. Sprawdźmy jej wyniki - Auckland 2:6 6:4 4:6, Sydney 6:3 3:6 5:7, AO 4:6 5:7, Taipei 3:6 7:5 4:6, Budapeszt 0:6 7:5 6:7(4). Wszystko to tylko potwierdza moją po raz kolejny już powtarzaną diagnozę, że potrzebna jest zmiana trenera, i to pilna.

Teraz Linette wystąpi w słabo obsadzonym turnieju w Kuala Lumpur, gdzie na dzień dobry zmierzy się z dysponującą dziką kartą Ukrainką Katariną Zavatską. Okupuje ona póki co 630. pozycję rankingową i jeśli z nią się Polce nie uda wygrać, to już nie wiem, na kogo musiałaby trafić. Dla zobrazowania pozycji Ukrainki - jest to mniej więcej poziom naszej utalentowanej juniorki, Mai Chwalińskiej (662). Tak czy śmak przewiduję kolejne męczarnie, mam nadzieję, że z happy endem. W sumie po dosyć szczęśliwym losowaniu mogłaby dojść do III rundy.

Dwie Polki wystąpiły jeszcze w kwalifikacjach do tych zawodów, odpadając jednak II (Urszula Radwańska) i I rundzie (Paula Kania).

Tymczasem we wspomnianym na początku Dubaju zwyciężyła młoda Ukrainka Elina Svitolina, po drodze już 2. raz w tym sezonie pokonując Angelique Kerber. Co ciekawe, jest to pierwsza zawodniczka w tym roku, która ma na koncie więcej niż jedno zwycięstwo w turnieju WTA. Najważniejsze jednak dla niej samej jest to, że dzięki temu - jako 1. Ukrainka - zadebiutuje w 1. dziesiątce rankingu.

W Budapeszcie pogromczyni Magdaleny Linette doszła aż do finału, gdzie przegrała z faworytką gospodarzy Timeą Babos, która dzięki temu mogła świętować 2. tytuł WTA w karierze.

Panowie rozgrywali 3 turnieje. Jeden z nich odbywał się we francuskiej Marsylii, gdzie podobnie jak 2 tygodnie temu Montpellier zaroiło się od tenisistów francuskich, z których znowu 3. dotarło aż do półfinału. Tym razem jednak wygrał 1 z nich, Jo-Wilfried Tsonga, pokonując w finale rodaka, Lucasa Pouille. Premią za to zwycięstwo jest awans do pierwszej dziesiątki rankingu, na miejsce 7. Tym samym historyczny pobyt Davida Goffina w Top10 zakończył się po tygodniu.

W Delray Beach mieli zagrać w finale Miloś Raonić z Jackiem Sockiem. Niestety Kanadyjczyk nabawił się kontuzji i oddał mecz walkowerem. Tym samym Sock zdobył swój 2. tytuł w sezonie. Warto odnotować, że była to 1. w tym roku impreza, na której pojawił się Juan-Martin del Potro. Sympatyczny Argentyńczyk pokazał się z bardzo dobrej strony, przegrywając dopiero z półfinale z Raoniciem.

Z kolei turniej w Rio de Janeiro zdominował Dominic Thiem, wygrywając po meczu z Hiszpanem Pablo Carreno. Sam Hiszpan o mało nie zakończył swej przygody w Rio rundę wcześniej, gdzie omal nie przegrał z rewelacją imprezy, młodziutkim Norwegiem Casperem Ruudem. Temu ostatniemu dało to gigantyczny awans o 75 pozycji na miejsce 133. Tym samym jest coraz bliżej występu bez kwalifikacji w swoim pierwszym turnieju wielkoszlemowym.


Tymczasem Ana Ivanović wyznała, że zaraz po wstaniu pije świeżą wodę z limonką lub cytryną. Wspaniale.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Tydzień 7., czyli dorosłe sukcesy juniorek


Miniony tydzień na pozór przyniósł niewiele ciekawego dla polskich kibiców. Szybkie pożegnanie Radwańskiej z niespodziewanie zdezorganizowanym przez deszcz turniejem w Doha mogłoby zakończyć to podsumowanie, gdyby nie udane występy naszych juniorek w całkiem seniorskich zawodach.



Iga Świątek wygrała w Bergamo, natomiast Maja Chwalińska wystąpiła w finale w Wirral, gdzie na drodze do pełni szczęścia stanęła starsza o 3 lata Brytyjka Maia Lumsden oraz kontuzja kolana. Na otarcie łez pozostanie jej tytuł deblowy, zdobyty w parze z Japonką Miyabi Inoue. Mai życzymy rychłego powrotu do zdrowia. Oczywiście los juniorek w dalszej karierze bywa różny, na co jest mnóstwo przykładów również na naszym podwórku (chociażby Aleksandra Olsza)  i co do rokowań naszych młodych tenisistek pozostańmy ostrożni, jednak mimo wszystko te wyniki cieszą i skrycie marzymy chyba wszyscy, by im się udało.

W rankingu WTA bez większych zmian, Polki w zasadzie również zachowały swoje pozycje.

Tymczasem panowie, choć bez ścisłej czołówki, rywalizowali w 3 turniejach. Najciekawszy i dobrze obsadzony był turniej w Rotterdamie, gdzie początkowo w kwalifikacjach miał wystąpić Jerzy Janowicz, jednak w ostatniej chwili zrezygnował (podobno z powodu kłopotów komunikacyjnych). Za to kolejny raz w ciągu 2 tygodni zobaczyliśmy w finale Davida Goffina, który przegrał jednak walkę o tytuł z Jo-Wilfriedem Tsongą. Ograł za to w ćwierćfinale Bułgara Dimitrova, rewanżując się z porażkę w Sofii. W sumie dało mu to historyczny awans i jako pierwszy Belg trafił do pierwszej 10. rankingu ATP.

Z kolei za oceanem, w Memphis po swój pierwszy tytuł sięgnął Amerykanin Ryan Harrison, natomiast w Buenos Aires sukces odniósł Ukrainiec Dołgopołow, wygrywając z Kei Nishikorim.

Poza tym okazało się, że musimy się odzwyczaić od widoku Toniego Nadala w boksie bratanka z Majorki. Oświadczył on bowiem, że po tym sezonie zamierza skoncentrować się na trenowaniu wschodzących gwiazd w ich akademii tenisowej. Wiadomo też, że nie najlepiej się czuł odstawiony nieco na boczny tor przez inne osoby ze sztabu hiszpańskiej gwiazdy.

Na koniec tradycyjnie Ana Ivanović. Z okazji walentynek zamieściła na fejsie zdjęcie ślicznego bukietu róż z życzeniami dla wszystkich. Urocze.


poniedziałek, 13 lutego 2017

Tydzień 6., czyli Polki na dłużej w 3. lidze


Podobnie jak w ubiegłym tygodniu najbardziej interesujące były dla nas rozgrywki reprezentacji. Tym razem panie próbowały bez skutku awansować do II. ligi. Podopieczne Klaudii Lans ... przepraszam - Jans-Ignacik spisały się i tak lepiej niż oczekiwałem, wygrywając z Austrią i Gruzją, jednak w decydującym meczu z Serbią niestety poległy.



Na pewno cieszą wygrane singlowe Katarzyny Piter czy - wreszcie - Magdaleny Linette. Martwią niestety tłumaczenia po porażce, które brzmią jak zwykle: Jesteśmy mądrzejsi o ten wyjazd; Jesteśmy w najlepszej czwórce - same pozytywne kwestie jeśli chodzi o ten tydzień (Jans-Ignacik); To jest tenis, Musimy wyciągnąć wnioski i za rok będzie lepiej (Linette). Przy takim podejściu nie będzie łatwo.

(Nie)ciekawa historia miała za to miejsce w meczu Amerykanek z Niemkami na Hawajach. Otóż gospodarze wynajęli do zaśpiewania niemieckiego hymnu gościa, który pomylił wersje i zapodał hitlerowski tekst zaczynający się od słów Deutschland, Deutschland über alles, co się wykłada Niemcy ponad wszystko. Wprawdzie szefowa amerykańskiego związku błyskawicznie przeprosiła ustnie i pisemnie, jednak jak podkreślił przewodniczący Niemieckiego Związku Tenisowego Ulrich Klaus, odegranie hymnu kojarzącego się z okrucieństwami dawno minionej przeszłości było dla zawodniczek, opiekunów, funkcjonariuszy jak również niemieckich fanów zarówno szokujące, jak i wstrząsające.

Tymczasem panowie, choć bez największych gwiazd, rywalizowali w 3 turniejach. W Sofii wystąpił Jerzy Janowicz, który po tradycyjnie już mało szczęśliwym losowaniu trafił w II rundzie na reprezentanta gospodarzy, Grigora Dimitrowa. Przy zupełnie nieprawdopodobnym zachowaniu publiczności, fetującej każdą pomyłkę Polaka, przegrał po zaciętej walce w 3 setach. Bułgar tymczasem ku szalonej uciesze gawiedzi zwyciężył w całym turnieju, pokonując w finale Davida Goffina. Trzeba przyznać, że ten mały Belg swoją grą i wynikami w meczach z młócącymi niemożebnie atletami utrzymuje moją wiarę w tenis.

Z kolei w Montpellier zaroiło się od tenisistów francuskich, z których 3 dotarło aż do półfinału. Wygrał jednak ten 4., Niemiec Alexander Zverev, który w parze z bratem Mischą, niedawną rewelacją Australian Open, zdobył również mistrzostwo w deblu.

Zgodnie z tradycją zakończył się turniej w Ekwadorze, gdzie 3. już raz z rzędu wygrał Victor Estrella Burgos. Co ciekawe, w żadnym innym turnieju nie był on w finale. Zwycięstwo to pozwoliło mu również na spory awans, bo aż o 63 pozycje na miejsce 93.

W rankingu bez rewolucji. Dimitrov skoczył o 3 oczka i jest teraz nrem 12, Jerzy Janowicz wyprzedził Kamila Majchrzaka (261), lokując się na miejscu 248.

Poza tym pojawiło się trochę niewybrednych plotek dzięki zwierzeniom do niedawna aktywnej rosyjskiej tenisistki, Jekatieriny Byczkowej. W wywiadzie dla Eurosportu obsmarowała parę gwiazd światowych kortów. Okazało się, że David Ferrer jest nałogowym palaczem (strach pomyśleć, ile by trwały jego pojedynki, gdyby nie kopcił paczki dziennie!), Djoković stał się zbyt poważny i spięty, Wawrinka z kolei jest zbyt wyluzowany, bo potrafi cały turniej imprezować, a mimo to wygrywać. Najbardziej pozytywna w tourze jest Cibulkova, która kazała mężowi rzucić robotę i wszędzie go wozi ze sobą, bo jest śmiesznie i fajnie. No i dowiedzieliśmy się, że co 10. zawodniczka jest lesbijką, w tym Carla Suarez-Navarro, podróżująca z partnerką, również tenisistką. Żeby nie było - żadna z nich nie jest Rosjanką, podobnie zresztą jak Szarapowa, która jest bardziej Amerykanką niż Rosjanką.

Tymczasem Rafa Nadal oświadczył, że jego największym marzeniem jest zostać kiedyś prezesem Realu Madryt. To się nazywa sięgać wysoko.

Na koniec zgodnie ze zwyczajem sprawdźmy, co słychać u mojej ulubionej emerytki, Any Ivanović. Otóż w uznaniu za wykreowanie samej siebie jako bardzo rozpoznawalnej marki otrzymała Brand Laureate Award, przyznawaną przez Asia Pacific Brands Foundation. Ze złotą figurką bardzo jej do twarzy.


poniedziałek, 6 lutego 2017

Tydzień 5., czyli Polacy coraz bliżej 3. ligi




Podsumowania 5. tygodnia nie sposób zacząć inaczej - w polskim męskim tenisie panuje nędza. Porażka do zera z Bośnią i Hercegowiną jest chyba ostatnim dzwonkiem alarmowym dla naszych zuchów, którzy już powoli mogą się witać z 3. ligą. Zobaczymy, co pokażą w tym tygodniu nasze panie w Pucharze Federacji.

Z ciekawostek związanych z rozgrywkami pucharowymi warto jeszcze wspomnieć o idiotycznym zachowaniu Denisa Shapovalova, który podczas spotkania z Kyle'm Edmundem po przegranym gemie z wściekłością uderzył piłkę tak, że podbił oko sędziemu i został zdyskwalifikowany.



Poza meczami Pucharu Davisa panowie rozgrywali jedynie mniejsze turnieje. W jednym z nich, challengerze we francuskim Quimper, z dziką kartą wystąpił Jerzy Janowicz, przegrywając z II rundzie z późniejszym zwycięzcom zawodów, Francuzem Mannarino.

Z kolei panie rozgrywały 2 turnieje rangi WTA. W Tajpej pojawiła się Magdalena Linette, odpadając już w I meczu z niżej notowaną Chinką Lin Zhu. Polka jak zwykle dobrze zaczęła, jak zwykle walczyła i jak zwykle traciła głowę w decydujących momentach. Powtórzę po raz kolejny - potrzebna zmiana trenera, i to pilnie!

Imprezę wygrała Ukrainka Switolina, po raz kolejny w tym sezonie pokazując się z bardzo dobrej strony.

Znacznie lepiej obsadzony był turniej w Petersburgu, gdzie wystąpiły m.in. Simona Halep, Venus Williams, Dominika Cibulkova czy Swietłana Kuzniecowa. Wygrała Kristina Mladenović, pokonując w finale Julię Putincewą.

Rankingowo u panów nic się nie zmieniło, z Polaków najwyżej jest Kamil Majchrzak (259), za nim plasuje się Jerzy Janowicz (267).

Podobnie u pań. W czołówce bez zmian, Radwańska 6., Linette 96., poza tym mamy 4 Polki w 3. setce.

Poza kortem bardzo aktywna jest Maria Szarapowa, która postanowiła napisać autobiografię. Napisać to może za duże słowo, bo jak zwykle przy takich okazjach przydzielono tenisistce profesjonalnych pisarzy, odwalających robotę w zastępstwie za gwiazdy. Masza trochę poopowiada, podpisze się na książce i skasuje honorarium.


I jeszcze tradycyjnie na koniec Ana Ivanović. W minionym tygodniu zachęcała na twiterze do głosowania w znanym plebiscycie Laureus w kategorii Najlepszy Sportowy Moment Roku 2016; jej faworytem jest Jack Sock, który w meczu z Lleytonem Hewittem przy stanie 5:4 0:30 zaproponował rywalowi sprawdzenie decyzji sędziego, uznającej serwis Australijczyka za autowy. Okazało się, że sędzia się pomylił, punkt trafił na konto Hewitta, który ostatecznie wygrał również cały mecz. Mnie się ten wybór Any podoba, też tak zagłosuję :) 

wtorek, 31 stycznia 2017

Tydzień 4., czyli tryumf emerytów


Gem, set, mecz Federer - to chyba najbardziej zaskakujące słowa minionego tygodnia w tenisie. Stary mistrz, powracający po półrocznej przerwie, wygrywa Australian Open, zdobywając 18. tytuł wielkoszlemowy w karierze. Co sprawiło, że skład obu finałów to kobiety po przejściach, mężczyźni z przeszłością?



Finały tegorocznego AO to bez wątpienia jedna z największych tenisowych niespodzianek ostatnich lat, porównywalna chyba ze zwycięstwem Flavii Penetty w US Open 2015. Tak jakoś ostatnio było, że każdy fan tenisa życzył Federerowi kolejnego tryumfu, jednocześnie w to wątpiąc; że za stary, że już nie ta wytrzymałość, że technika bajeczna, ale teraz trzeba grać siłowo ... Być może nawet sam Maestro podzielał te obawy, bo po ostatnim punkcie się popłakał, a potem wspominał letnie nostalgiczne rozmowy z Rafą, jak by to pięknie było wrócić na szczyt ...

Rafael Nadal. Wielka klasa, z trudem maskowane rozczarowanie wynikiem finału. Człowiek, który po kontuzji zaczął przegrywać, bo przeciwnicy przestali się go bać, uwierzyli, że pokonanie go jest możliwe. Teraz po przeszczepie włosów jak gdyby odżył na nowo; chciałoby się spytać, pospekulować, czy to łysienie tak obciążało go psychicznie, że do kolejnego tryumfu potrzebował odbudować pewność siebie poprzez ten zabieg?

Obaj podkreślają znaczenie ciężkiej pracy. Ale to właśnie sfera psychiczna, motywacja, głód sukcesu, który mimo tej pracy tak długo nie przychodził, zdecydowały o składzie tegorocznego finału. Tego mentalnego głodu sukcesu, siły do pokonywania kolejnych przeszkód, niezadowalania się średniactwem życzyłbym polskim tenisistom, którzy przekraczając próg 20. roku życia wciąż jako cel stawiają sobie wejście do drugiej setki ...

Czyż ten głód, ta tęsknota za potwierdzeniem wielkości nie stała za składem finału pań? Serena Williams, z ogromnym wyczuciem tego, co buduje historię tenisa rezygnująca z kolejnych turniejów, by zdominować zimowe mistrzostwa świata w Melbourne. Venus, dla której dwutygodniowa walka oznacza wypowiedzenie wojny własnemu organizmowi. Mimo to, dzięki połączeniu siły i techniki oraz ogromnej determinacji spełnia marzenia o kolejnym po 14. latach finale wielkoszlemowym w Australii z siostrą po drugiej stronie siatki.



Ale pamiętajmy też o Mirjanie Lucić-Baroni, której świetnie zapowiadającą się karierę pokrzyżowały problemy rodzinne. Kiedyś już tu wygrała, w 1998 roku w rywalizacji deblowej w parze ze znakomitą Martiną Hingis. Teraz pierwszy raz od 1999 roku znalazła się w półfinale wielkiego szlema. Totalna outsiderka. Koszulka i buty adidas, spódniczka nike, daszek babolat ... Strój na poziomie lig amatorskich.

Spójrzmy też na finał debla mężczyzn. Grają w nim - wprawdzie bez happy endu - słynni bracia Bryan, rocznik 1978. Podobnie finał mixta - wszyscy uczestnicy przekroczyli 30-tkę.

Gdzież więc młodzież z jej siłą, pewnością siebie, nieraz bezczelnością?

Naszej polskiej młodzieży seniorskiej nie było. Juniorska kobieca (Chwalińska/Świątek) nieźle poradziła sobie w deblu, przegrywając dopiero w finale z rozstawionymi z nr 3 Andrescu/Branstine. Maja uważa, że zarówno w singlu, jak i w deblu mogła wypaść lepiej i że teraz czas na wnioski. To budujące podejście, zwłaszcza w zestawieniu z jej starszymi koleżankami, które nic nie osiągając są wiecznie zadowolone. Talent Mai Chwalińskiej i jej podejście przybliżałem na blogu już w kwietniu ubiegłego roku.

Ich starsze koleżanki wybrały się na turnieje w USA. Katarzyna Piter wygrała w średniej rangi futuresie na ziemi w Orlando, Paula Kania przegrała w półfinale podobnej imprezy w Wesley Chapel z 743. w rankingu Ukrainką Kalininą. Nie opuszczał jej za to dobry humor. Mój tenis, czuję to cały czas, jest na poziomie dziewczyn z czołówki - powiedziała po meczu ćwierćfinałowym.

Tymczasem kapitan naszej reprezentacji podał skład na mecz pierwszej rundy Grupy I Strefy Euroafrykańskiej Pucharu Davisa z Bośnią i Hercegowiną. Zagrają Kamil Majchrzak, Hubert Hurkacz, Łukasz Kubot i Marcin Matkowski. Młodość i doświadczenie. Szanse - lekkie wskazanie na Polaków.

Dla porządku spójrzmy jeszcze na zmiany w rankingach - u pań Serena wróciła na 1. miejsce, Radwańska spadła na 6., Venus znalazła się na progu 1. dziesiątki (11), a Lucić-Baroni odnotowała skok na pozycję nr 29. W setce utrzymała się Linette (95). U panów nie było aż takich przetasowań w czołówce - lider bez zmian, natomiast Federer awansował o 7 pozycji (jest 10.), a Nadal o 3 (6). Kamil Majchrzak przesunął się na miejsce nr 259, Janowicz pozostał na 273.

Na koniec tradycyjnie Ana Ivanović, która tym razem cieszy się z rozświetlającego pudru Shiseido. Na ręku rolex. Warto zobaczyć.


niedziela, 22 stycznia 2017

Tydzień 3., czyli klęski faworytów na półmetku AO



Miesiąc temu, w grudniowym wpisie na blogu pytałem, czy Novak Djoković w nowym sezonie pójdzie na dno (Czy Novak Djokovic w nowym sezonie pójdzie na dno?). I oto już w II rundzie Australian Open znalazł się za burtą. Nie oznacza to oczywiście od razu spełnienia moich przewidywań, jeszcze jest na powierzchni, ale na pewno jest to bardzo zimna kąpiel.

Wnet okazało się, że porażka Nole ze 117. w rankingu Istominem to nie koniec niespodzianek. Z zawodników pierwszej dziesiątki rankingu odpadli już bowiem lider Andy Murray (z archaicznie grającym w stylu serve & volley Mischą Zverevem), Kei Nishikori i Tomas Berdych (z wracającym do formy Federerem) oraz Marin Cilić (z Danielem Evansem).

Oczywiście nadal w grze pozostaje wielu znakomitych zawodników i prawdopodobne wydają się pary półfinałowe Federer/Wawrinka i Raonić/Thiem. Choć nie lekceważyłbym także Bułgara Dimitrova, potwierdzającego powrót do najwyższej dyspozycji (pisałem o tym 2 tygodnie temu). Zobaczymy.

U pań rzecz jasna najbardziej zmartwiła mnie (nas?) szybka porażka w II rundzie Agnieszki Radwańskiej, która przegrała z - chciałoby się powiedzieć emerytką - Lucić-Baroni po dosyć kiepskim występie. Tak że moje przewidywania ćwierćfinału się nie sprawdziły. Zgodnie z oczekiwaniem odpadła również błyskawicznie w pierwszym meczu Magdalena Linette. Powtarzam - zmiana trenera potrzebna od zaraz!

Również w damskiej rywalizacji nie brakuje niespodzianek. Poza naszą panią Isią pożegnały się z turniejem liderka rankingu Angelique Kerber (po słabym spotkaniu w IV rundzie z Coco Vandeweghe), już w I rundzie Simona Halep (z Shelby Rogers), Dominika Cibulkova (z Ekateriną Makarovą) i Svetlana Kuznetsova (z rodaczką Anastazją Pawluczenkową). W ramach ciekawostki warto może odnotować, że Pawluczenkowa przynosi w tej edycji AO pecha głównie swoim rodaczkom, jak dotąd wyeliminowała bowiem 3 inne Rosjanki i Ukrainkę.

Bardzo dobrze trzyma się prawdziwa weteranka, Venus Williams. Cały czas słaniając się na nogach dotarła już do ćwierćfinału, gdzie zmierzy się właśnie ze wspomnianą Rosjanką. Jeżeli jakimś cudem przeżyje jej bombardowanie, a następnie mecz z Vandeweghe lub Muguruzą, ma szansę po raz kolejny spotkać się w finale z siostrą, która musi wcześniej ograć Czeszkę Strycową i - prawdopodobnie Johannę Kontę (to może nie być takie łatwe).

A jak idzie młodym gniewnym paniom, wygrywającym styczniowe turnieje? Siniakova odpadła w I rundzie z Goerges, podobnie Lauren Davis (z Samanthą Crawford), Elise Mertens w ogóle nie wystąpiła w singlu. Chyba jednak wieści o zmianie pokoleniowej były przedwczesne.

Z polskich akcentów pozostał nam tylko Łukasz Kubot w deblu. Reprezentujący Polskę juniorzy też już pożegnali się z turniejem.


Na koniec tradycyjnie już Ana Ivanović. Po pobycie na nartach udała się do Nowego Jorku, gdzie dała się sfotografować w Central Parku. Fani szaleją.