poniedziałek, 16 stycznia 2017

Tydzień 2., czyli kolejny finał pani Isi


Drugi tydzień sezonu upłynął pod znakiem sprawdzianów formy przed pierwszym w roku turniejem wielkoszlemowym. Okazało się, że nadal nic nie wiadomo.


Nas oczywiście najbardziej interesuje dyspozycja polskich tenisistów, którzy za chwilę pojawią się na kortach w Melbourne. I tak Agnieszka Radwańska nie zawiodła docierając do finału dobrze obsadzonego turnieju w Sydney. Tu poległa dopiero ze świetnie dysponowaną tego dnia Johanną Kontą. Sukces odniosła również Eugenie Bouchard; w przeciwieństwie do ubiegłego roku urodziwa Kanadyjka dobrze zaprezentowała się na korcie osiągając półfinał, a nie tylko w mediach społecznościowych. Warto odnotować porażkę Angelique Kerber już w pierwszym spotkaniu.

Sydney to również turniej ATP, choć niższej rangi niż WTA. Stąd i słabsza obsada. Wygrał Gilles Muller, ogrywając w 2 setach Brytyjczyka Evansa.

Równolegle panowie grali w nowozelandzkim Auckland, znanym z silnych podmuchów wiatru na korcie. Tutaj tryumfował Amerykanin Jack Sock, pokonując w 3. setach Joao Sousę. Ciekawsza dla nas była rywalizacja deblowa, której zwycięzcą został Marcin Matkowski w parze z Pakistańczykiem Aisimem-Ul-Haq Qureshim. W finale pokonali izraelsko-amerykański duet Johnathan Erlich - Scott Lipsky 1:6, 6:2, 10-3. Dla popularnego Matki jest to już 18. tytuł w karierze.

Po zawodach Polak podkreślał znakomitą współpracę na korcie z Qureshim. Być może trochę teraz żałuje, że wskutek wcześniejszych zobowiązań w Australian Open wystąpi z Jerzym Janowiczem. Łodzianin tymczasem, po odpadnięciu w eliminacjach do Auckland, miał zaplanowany tydzień spokojnych treningów. Planu jednak nie zrealizował w 100 procentach. Udało mu się bowiem wystąpić w pokazowym turnieju Kooyong Classic, rozgrywanym tradycyjnie w Melbourne w przededniu AO. Występ był bardzo dobry, ponieważ Jerzy zdołał wygrać 2 mecze, pokonując Tommy Hasse'a i Yoshito Nishiokę. Miejmy nadzieję, że te wygrane pomogą mu odbudować pewność siebie, bez której nie ma co marzyć o powrocie na wysokie miejsca rankingowe. Warto wspomnieć, że impreza ta, wygrana tym razem przez Dawida Goffina (w finale pokonał Ivo Karlovicia), może pochwalić się całkiem bogatą tradycją. Wystarczy wymienić wśród jej zwycięzców takich tenisistów jak Lleyton Hewitt, Andy Rodick, Andre Agassi, Pete Sampras, Michael Chang czy Roger Federer.

Wróćmy na chwilę do pań, które rywalizowały też na Tasmanii, w Hobart. Tutaj także obsada nie zachwycała, natomiast kolejny raz w tym roku tryumfowała przedstawicielka młodego pokolenia, 21-letnia Belgijka Elise Mertens, zajmująca przed turniejem 82. pozycję w rankingu WTA. Po drodze pokonała rozstawione Kristinę Mladenović, Kiki Bertens i - w finale - arcyniewygodną Rumunkę Monicę Niculescu. Zobaczymy, jak pójdzie damskiej młodzieży w Australian Open, czy uda się jej utrzymać sukcesy z pierwszych 2 tygodni sezonu.

Jeśli idzie o AO, to oczywiście najbardziej interesują nas występy Polaków. Gdy ukazuje się ten materiał wiemy już, że Jerzy Janowicz po kolejnym pechowym losowaniu rozstał się już z turniejem, przegrywając w 5. setach z Marinem Ciliciem. Na swoje szanse czekają Agnieszka Radwańska i Magda Linette. Pierwszej wróżę co najmniej ćwierćfinał, druga na początek trafiła na rywalkę z własnej ligi, Mandy Minellę. Jeśli po raz kolejny nie straci głowy, to awansuje do II rundy, gdzie może trafić na Jelenę Wiesniną, która nie wiadomo, w jakiej jest formie, bo przegrała w tym sezonie oba mecze otwarcia. Przypuszczam jednak, że nasza zawodniczka na tym etapie zakończy udział w imprezie.

Co do naszych pozostałych zawodników możemy cieszyć się z wygranej Kamila Majchrzaka we futuresie w tureckiej Antalyi. Impreza może nie najwyższej rangi, ale zwycięstwo tym cenniejsze, że na nawierzchni twardej, na jakiej rozgrywa się obecnie większość turniejów i na której piotrkowianin nie czuł się do tej pory zbyt pewnie.

Z kolei u pań warto odnotować ogłoszenie składu na Puchar Federacji w Tallinie. Klaudia Jans-Ignacik postanowiła zabrać na te spotkania koleżanki, czyli Magdalenę Linette, Paulę Kanię, Katarzynę Piter i Magdalenę Fręch; jako rezerwowa pojawi się utalentowana juniorka Iga Świątek. Gramy z Austrią i Gruzją; może to wystarczy?

Na koniec tradycyjnie Ana Ivanović. Okazuje się, że wizyta u ginekologa to nie jedyna jej aktywność. Dołączyła bowiem jako partner i ambasador marki do firmy PlaySight, dostarczającej na korty profesjonalną technologię wspomagającą doskonalenie umiejętności tenisowych w oparciu o zapisy wideo i mocno rozbudowane statystyki. Jeśli ktoś chciałby taki system obejrzeć na własne oczy, to najbliższy jest w Hanowerze. Zapraszam.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Tydzień 1., czyli srixon


Niniejszy wpis inauguruje serię podsumowań tygodnia, która będzie się w poniedziałki pojawiać na moim blogu. W pierwszym wpisie bohaterem tygodnia musiał być Srixon.

Bohater tygodnia - srixon Agnieszki Radwańskiej

Nazwa tej marki, jak dotąd bardziej znanej z produkcji sprzętu do golfa, na początku minionego tygodnia zelektryzowała fanów Agnieszki Radwańskiej. Po wieloletniej współpracy z Babolatem nagle pojawiła się na korcie wyposażona w rakietę srixon. Nie poprzedziła tego ani zapowiedź producenta, ani samej zawodniczki, tak że pojawiło się mnóstwo spekulacji, w których przebił wszystkich Wojciech Fibak, twierdząc że to ten sam babolat, tyle że przemalowany na srixona. Z kolei inni specjaliści obarczyli nową rakietę odpowiedzialnością za odpadnięcie pani Agnieszki w ćwierćfinale turnieju w Shenzhen, gdzie broniła mistrzostwa, a nawet za odcisk na palcu.

Kolejną niespodzianką ze strony naszej najlepszej tenisistki było pojawienie się na korcie w przerwach meczu trenera, a konkretnie Dawida Celta. Jest to obrazek od dawna w jej przypadku niespotykany. Podobno sam Celt, jak wiadomo prywatnie narzeczony, ma odtąd na niektórych turniejach zastępować pierwszego trenera, Tomasza Wiktorowskiego. Zobaczymy, jak to będzie.

Teraz wraz ze swoim nowym sprzętem nasza zawodniczka przenosi się do Sydney, będącym ostatnim sprawdzianem przed Australian Open.

Pozostali Polacy nie przebili się na czołówki serwisów sportowych, a to za sprawą kiepskich występów. Magda Linette zaliczyła dwie szybkie porażki w eliminacjach do turniejów w Auckland i Sydney, Jerzy Janowicz odpadł w II rundzie eliminacji w Auckland, po raz kolejny czynem zaprzeczając przesadzonym pogłoskom o swoim doskonałym serwisie. Mimo to oboje zanotowali awans w rankingu, odpowiednio na 93. i 278. pozycję.

W ramach ciekawostki warto odnotować pierwszy deblowy występ Mariusza Fyrstenberga z Andym Murrayem u boku, przegrany w Doha w niecałą godzinę 2:6, 4:6.

Murrayowi, mogącemu się pochwalić świeżo nabytym tytułem szlachecki, o wiele lepiej poszło w singlu. Tutaj zameldował się w finale i po wspaniałej walce uległ Novakowi Djokoviciowi w 3 setach. Nole pojawił się z nowym trenerem, Serbem Dusanem Vemiciem; klasa Borisa Beckera to to nie jest. Zabrakło też Pepe Imaza ze swoim Peace and Love, być może dlatego Novak wykazał się walecznością i wygrał, łamiąc w chwili słabości rakietę. Z pewnością jednak 4 zepsute smecze nie świadczą o szczycie formy.

Być może wraca za to do najwyższej formy Grigor Dimitrov, który wygrał bardzo dobrze obsadzony turniej w Brisbane, zwyciężając po drodze z Thiemem, Raoniciem i Nishikorim. Da mu to awans o 2 oczka na 15. pozycję rankingu i perspektywę powrotu do najlepszej dziesiątki. Z kolei w Chennai wygrał Roberto Bautista-Agut.

Jeśli idzie o panie, to o Shenzhen już wspominałem - Agnieszka Radwańska nie obroniła tytułu, za to dosyć niespodziewanie wygrała całą imprezę 52. w rankingu Katerina Siniakova, pokonując po drodze Simonę Halep, Johannę Kontę i - w finale - Alison Riske. Czeszka urodziła się 10.05. (zupełnie jak ja!) 1996, ma więc niespełna 21 lat. Może więc chociaż u pań idzie nowe, warto obserwować jej karierę.

Z kolei w damskiej odsłonie zawodów w Brisbane tryumfowała Karolina Pliskova i samo to pewnie nie jest wielką niespodzianką. Za to pewnym zaskoczeniem jest znakomity występ drugiej finalistki, Alize Cornet, która wyeliminowała wcześniej Cibulkovą i Muguruzę. Dla porządku trzeba odnotować, że w ćwierćfinale odpadła z Ukrainką Svitoliną liderka rankingi, Angelique Kerber.

Bardzo ciekawie było również w Auckland. Najpierw już w II rundzie odpadła Serena Williams, wywołując przy tym niemały skandal, obciążając za słaby wynik wiatr i uznając panujące tam warunki za najgorsze, w jakich grała. Witana jak królowa, żegnana bez żalu i chyba z urazem, który nie wróży zaproszenia w przyszłym roku. Być może usprawiedliwiają ją okoliczności spoza kortu, czyli zaręczyny z wirtualnym przedsiębiorcą, Alexisem Ohanianem. Skoro udało jej się zaskoczyć tym faktem media, to niewykluczone, że zaskoczyła również samą siebie i nie umie się teraz z tego wyplątać.

Wraz z siostrą odpadła również uskarżająca się na kontuzję Venus, zachowując jednak wszelkie konwenanse. Sportowo rywalizacja potoczyła się bardzo ciekawie, tu również pojawił się powiew młodości. Do półfinału trafiły aż 3 młode zawodniczki - 19-letnia Konjuh, 20-letnia Ostapenko i 23-letnia Davis. Tytuł zdobyła ta ostatnia, ogrywając Chorwatkę w 2 setach.

Kolejna refleksja przy tej okazji dotyczy naszej Magdy Linette - chwali się ona na prawo i lewo, że Ana Konjuh to jej najlepsza przyjaciółka w tourze, że razem trenują i spędzają wolny czas; szkoda, że nie spyta ją w wolnej chwili, jak to zrobić, by naprawdę chcieć wygrać kolejny mecz, by naprawdę chcieć coś osiągnąć. Po raz kolejny to powtórzę - Linette potrzebuje nowego trenera, i to pilnie.

Pierwszy tydzień nowego sezonu za nami. W WTA - być może - wieje wiatr odnowy, w ATP - bez zmian.


Na koniec ploteczka – Ana Ivanović, która nagle ogłosiła koniec kariery, odwiedziła ginekologa; ten nie popisał się dyskrecją i momentalnie zamieścił selfie na instagramie. Zdjęcie już zniknęło, ale internauci wiedzą swoje – Serbka spodziewa się dziecka.

niedziela, 18 grudnia 2016

Czy Novak Djokovic w nowym sezonie pójdzie na dno?


Kilka dni temu na profilu FB Novaka Djokovicia ukazał się następujący post:
Nowy rok, nowe cele, nowa energia! Wdzięczny i podekscytowany patrząc, co przyniesie przyszłość. Pozdrowienia od Teamu Djokovic! Do zobaczenia w Doha!
Na załączonym zdjęciu sielankowy obrazek - Novak z żoną, sztab zawodnika, uśmiechy, słońce, palma. Ja jednak oglądając to zdjęcie nie jestem co do jego perspektyw optymistą.



Problemy Djokovicia zaczęły być dostrzegane w mediach po szybkim pożegnaniu się z Wimbledonem. Szybko pojawiły się spekulacje nt powodów jego słabszej dyspozycji.

Jednym z nich miała być kontuzja. Potwierdzić tę tezę miał koszmarny występ (niech wynik nas nie zwiedzie!) w US Open, w czasie którego ciągle potrzebował przerw medycznych, a niezły mecz rozegrał dopiero w finale ze Stanem Wawrinką. Warto pamiętać, że po drodze trzech zawodników poddało mu spotkanie, a nasz Jerzy Janowicz najwyraźniej nie w pełni formy po długiej absencji nie umiał wykorzystać swojej szansy w pojedynku z wyraźnie słabszym niż zazwyczaj mistrzem.

Kolejnym powodem gorszych występów Serba miały być problemy osobiste. Sam Djokovic mówił o tym bardzo oględnie, więc dociekliwi dziennikarze postanowili trochę powęszyć i zauważyli samotny wyjazd Jeleny na wakacje oraz spotkanie tenisisty z hinduską gwiazdą Deepiką Padukone. Niewiele myśląc połączyli oba fakty i wyszło im, że Novak ma romans.



Jednak jak na mój gust, to ani kłopoty zdrowotne, ani przejściowe nieporozumienia z żoną nie są źródłem fatalnych występów bałkańskiego zawodnika. Moim zdaniem pojawiło się po prostu zwyczajne znudzenie i zniecierpliwienie na korcie. Novak, zwłaszcza w meczach ze słabszymi przeciwnikami, w zasadzie już od początku roku grał na pół gwizdka. Słynny pojedynek z Simonem podczas AO, kiedy popełnił ponad 100 błędów i niemal odpadł z turnieju czy przegrana z Veselym w Monte Carlo były takimi bardzo wyraźnymi znakami. Oczywiście przy tej klasie dzięki nieprzeciętnej umiejętności nagłej koncentracji i wygrywania decydujących piłek nadal osiągał ogromne sukcesy, ale coraz częściej wyglądał na korcie, jak by zwycięstwo mu się należało niejako z urzędu. Rozrywane w czasie gry koszulki były bardzo wymownym gestem.

Za tym podejściem musiała pójść postawa na treningach. Wkrótce po rozstaniu ze swoim podopiecznym Boris Becker wygadał się, że Novak nie trenował wystarczająco w ostatnich sześciu miesiącach i dobrze o tym wie. Sukcesy w tym sporcie nie rodzą się przez zwykłe pstryknięcie palcem czy samo pojawienie się na turnieju. Ten niemiecki pragmatyk jak mało kto wie, ile zależy od systematycznej ciężkiej pracy.

Nie chciał też zapewne pogodzić się z rolą osoby nr 2 w boksie Djokovicia, na którego coraz większy wpływ zaczął mieć niejaki Pepe Imaz, były tenisista, obecnie przede wszystkim ktoś w rodzaju terapeuty czy coacha, a wg niektórych zwykły szarlatan. Sam Novak bardzo nerwowo reaguje na określenie "guru", ale relacja z jego wizyty u Hiszpana w Marbelli mówi sama za siebie - widzimy kilka osób na scenie, wśród nich Novaka z ubranym na biało Imazem, poniżej widownia, przed którą uczestnicy mają się otworzyć. Czuję, że moje emocje są jak samochody stojące w potężnym korku. Mam nadzieję, że uda mi się je uwolnić – opowiadał wówczas jeszcze nr 1 światowego rankingu. Doprawdy trudno nie mieć skojarzeń z sektą.

Wracając do zdjęcia z FB. Znamienne, że najbliżej Novaka siedzi z jednej strony żona, z drugiej właśnie nowy coach, wyraźnie rozluźniony i zadowolony z siebie. Jego filozofia, która ma uporządkować życie i grę Djokovicia, opiera się na dwóch słowach: Miłość i Pokój. Czy pasuje to do Novaka, jednego z najwaleczniejszych zawodników w tourze, prawdziwego wojownika gryzącego glebę w sytuacji zagrożenia? Czy pasuje do takiego sportu, jakim jest tenis, z całą jego zaciętością i bezwzględnością dla chwilowej choćby słabości? To się nie sprawdzi nawet w szachach.


Moim zdaniem źle się to skończy - albo Serb pójdzie na dno, albo czym prędzej pogoni szarlatana i weźmie się do roboty. Tertium non datur.

środa, 7 grudnia 2016

Pacific BX2 Speed - prezentacja modelu

W pierwszej chwili propozycja przetestowania rakiety Pacific BX2 Speed nieco mnie zaskoczyła - waga 275 g, główka 107 to nie mój świat. Pierwsze skojarzenie to spokojna gra rekreacyjna. Jednak wbrew pozorom, co widać na załączonym filmie, urządzenie to może być całkiem nieźle wykorzystane również przy grze ofensywnej.

Jak w większości nowoczesnych rakiet rama urzeka estetyką. Połączenie niebieskiego z firmową pomarańczą oraz elementami w bieli, ładnie zaprojektowany gromet, napisy - wszystko to robi bardzo dobre wrażenie.



Jedynie w przypadku systemu AirDamping, służącemu do tłumienia drgań i ochrony stawów, plastyk przegrał z inżynierem; mówiąc wprost - element ten nieco szpeci całość.



Jeśli chodzi o wrażenia z gry, rakieta daje uczucie nadzwyczajnego komfortu. Nie zachęca do agresywnej gry, raczej do tego, by cieszyć się z regularnego przebijania. Dobrze sprawdza się na linii końcowej, ale nie zawiedzie również przy woleju, a nawet agresywnym smeczu. Producent chwali się tutaj systemem Speed + + Zone, zapewniającym nadawanie piłce maksymalnej szybkości podczas uderzenia i zwiększający pole czystego trafienia.


Poniżej filmik z prezentacją statyczną i dynamiczną, z próbką nieco bardziej agresywnych uderzeń. Za pomoc w realizacji dziękuję Tomkowi Czepelowi, właścicielowi Szkółki Tenisowej Panda oraz Michałowi Marcowi, który zaprezentował rakietę w czasie gry.

Kliknij w link i obejrzyj film.

czwartek, 17 listopada 2016

Agnieszka Radwańska - podsumowanie sezonu 2016



Agnieszka Radwańska spokojenie regeneruje się w Zakopanem, a my tymczasem podsumujmy mijający sezon w jej wykonaniu. Zajrzyjmy przy tym do prognoz, jakie snułem niemal rok temu na łamach jednego z internetowych portali.

Zastanawiałem się wówczas, jakie popularna Pani Isia ma szansę na upragnionego Wielkiego Szlema. W Australian Open Radwańska wypada na ogół dobrze - cztery ćwierćfinały w karierze i jeden półfinał to dobre wyniki. (…) warto trzymać kciuki za sukces, ale raczej nie spodziewałbym się zwycięstwa w Melbourne – pisałem. Okazało się, że miałem rację – kolejny półfinał to z pewnością bardzo dobry wynik, ale jednak nie zwycięstwo. Moim zdaniem finał był bardzo realny, jednak nasza zawodniczka wyszła na mecz z Sereną Williams bez wiary w sukces. Solidna gra na korcie i fatalna w sferze mentalnej. Tak się z amerykańską tenisistką nie wygra.

Przejdźmy do kolejnej imprezy. French Open. Nie ma wiele do pisania. Musiałby stać się cud. Tak zaczynałem wówczas swe rozważania. Muszę przyznać, że z coraz większym zdumieniem obserwowałem poczynania pani Agnieszki w Paryżu. W bardzo dobrej dyspozycji tenisowej i mentalnej, świetnie przygotowana fizycznie, ruchliwa, zmotywowana. Niestety. W sporcie trzeba mieć też trochę szczęścia. Gdy była na najlepszej drodze do zwycięstwa z Cwietaną Pironkovą (6:2, 3:0) spadł deszcz, po dwudniowej przerwie zaś na wilgotnym korcie, w siąpiącym deszczu, grając mokrymi piłkami nie była w stanie skorzystać ze swoich największych atutów i została pokonana w kolejnych dwóch – również przerywanych – setach do 3. Komiczne były przechwałki Bułgarki po meczu: Stwierdziłam, że muszę być bardziej agresywna, i świetnie się to sprawdziło – mówiła, choć każdy widz zauważył, że było dokładnie odwrotnie: kiedy atakowała w pierwszej fazie spotkania traciła punkty, kiedy czekała na błędy umęczonej Radwańskiej, zyskiwała. A tych było sporo, bo finezyjne zagrania w takich warunkach po prostu nie mogą się udać. To wie każdy amator, który choć raz grał na ledwo wyschniętym korcie czy w czasie mżawki.

Co do Wimbledonu niestety się pomyliłem. Radwańska grała na początku słabo, a jak już zaczęła wchodzić na swój poziom, w morderczej walce poległa z Cibulkovą, która zresztą w kolejnym meczu gładko odpadła, myślami będąc już chyba w katedrze św. Marcina w Bratysławie, gdzie za kilka dni miała brać ślub.
Bo raczej nie Nowy Jork. Tam mimo twardej nawierzchni nie osiągała nigdy więcej niż czwartą rundę – to znowu z tekstu sprzed roku. Niestety, słowa te okazały się prorocze, po niezłym meczu z Aną Konjuh nasza zawodniczka zakończyła występ ponownie na 4. rundzie.

Warto w tym miejscu jeszcze raz sięgnąć do przywoływanych już rozważań. Pojawił się tam bowiem następujący akapit: Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z karierą naszej reprezentantki. Wszystkie jej przeciwniczki, zwłaszcza o znacznie niższym rankingu, wychodzą na spotkanie z nią jakoś szczególnie zmotywowane, jakby z myślą, że tę drobinkę to koniecznie muszą pokonać, a wieści o jej technice, waleczności i szybkości są przesadzone. Wystarczy wspomnieć choćby półfinały z Sabiną Lisicki w Londynie czy z Dominiką Cibulkovą w Melbourne. Obie panie natarły z całych sił na Radwańską, by w finale przegrać gładko i bez historii. Powtórka z rozrywki, z tą różnicą, że tym razem zajmująca wówczas miejsce pod koniec 2. dziesiątki Cibulkova nie odeszła w niebyt, a wygrała rywalizację w Singapurze, notując największy sukces w karierze (pisałem o tym w poście Mistrzyni Cibulkova, czyli tryumf woli). Tym razem na listę wpisały się Pironkova i Konjuh.

Jaki był więc ten sezon dla Agnieszki Radwańskiej? Mimo wszystko bardzo dobry. Nie udało się obronić tytuły w Singapurze, ale był występ w półfinale. 3 wygrane turnieje, w tym 1 rangi Premier Mandatory (Pekin), półfinał AO i Indian Wells oraz 2 mniejszych turniejów i - co równie ważne – brak kontuzji czy poważniejszych problemów ze zdrowiem. Za to poprawa serwisu i bardziej agresywna gra, do tego umiejętne wybieranie turniejów pod kątem optymalizacji obciążeń, czyli wzrost sportowej dojrzałości.

Wszystko to dobrze wróży na kolejny rok. Mam nadzieję, że za 12 miesięcy w podsumowaniu pojawi się wygrana w którymś ze Szlemów.

piątek, 4 listopada 2016

Mistrzyni Cibulkova, czyli tryumf woli



Podsumowanie damskiego mastersa kilka dni po finałach … Cóż, musiałem ochłonąć. Spodziewałem się, że Dominika Cibulkova może wyrzucić z imprezy Agnieszkę Radwańską, gdyby na nią trafiła, jednak że wygra całe zawody, nie przypuszczałem.

Najkrócej można to ująć za pomocą tytułu jednego z filmów propagandowych Leni Riefenstahl – tryumf woli. Bo przecież ani umiejętności tenisowe na jakimś kosmicznym poziomie, ani sprzyjające warunki fizyczne … Poza nogami – bardzo silne, sprężyste (niech mi jeszcze ktoś powie, że siła w tenisie nie idzie z nóg), do tego skrajne ADHD i odurzanie się zapachem piłek. Motywacja, wola zwycięstwa, osiągania coraz więcej, właśnie wbrew ograniczeniom technicznym czy fizycznym. To daje mniejsze sukcesy, z których bierze się wiara we własne możliwości, procentująca w takich chwilach jak finał wielkiej imprezy z Królową Sezonu, liderką rankingu, Angelique Kerber.

Tego zabrakło Agnieszce Radwańskiej dzień wcześniej. Tak, Kerber wyciągała piłki nieprawdopodobne, ale Radwańska wyglądała jak w półfinale Australian Open z Sereną Williams – całe jej ciało mówiło „fajnie, że tutaj jestem, ale przecież z nią nie dam rady”.

Sportowo poziom średni. Najmłodsze w stawce, Keys i Muguruza, odpadły już w pierwszej fazie i prezentowały się słabo, zwłaszcza Hiszpanka, która od dobrego roku w ogóle nie poprawiła i nie rozwinęła swojej gry; nadal umie 3 i pół uderzenia, za to piekielnie mocnego, co wystarcza, gdy jest w dobrej dyspozycji i szczęśliwie układa się drabinka. W przeciwnym razie niewiele z jej występów wynika; na myśl, że taka zawodniczka ma na koncie Wielkiego Szlema boli głowa. Fakt, że najstarsza uczestniczka rozgrywała najbardziej emocjonujące i najdłuższe mecze musi zawstydzać.

Tenis damski z całą pewnością przeżywa pewien kryzys. Stabilność formy i odpowiedni poziom techniczny prezentują zawodniczki starsze, młodsze stać na pojedyncze wystrzały w postaci jednego superturnieju lub cyklu w sezonie.

Nadal nie zmieniam przekonania, które znalazło się w tytule jednego z moich pierwszych postów na blogu – WTA jest jak tenis amatorski, ze wszystkimi swoimi słabościami technicznymi, niestabilnością, niepewnością formy i wyniku, przewagą często strony fizycznej. Wśród debiutantek bądź stosunkowo młodych tenisistek (do 23 lat) brak osobowości na miarę wielkich mistrzyń tej dyscypliny. I nie wydaje mi się, by w bliskiej perspektywie mogło się to zmienić.


wtorek, 18 października 2016

Jak mądrze kupić rakietę na rynku wtórnym?


Okres jesienny, gdy kończy się sezon na kortach otwartych, jest bardzo dobrym momentem na zakup rakiety tenisowej. Producenci powoli wprowadzają nowe modele, dzięki czemu ceny w sklepach spadają i można całkiem korzystnie zaopatrzyć się w nowy sprzęt, często niewiele różniący się od oferowanej nowości.

Dziś jednak chciałbym skupić się na rynku wtórnym, który daje spore możliwości, jeśli chodzi o dobór optymalnego sprzętu w niezłej cenie.

Najbardziej oczywistym miejscem poszukiwań jest Allegro i OLX. Jednak bardzo ciekawe ogłoszenia można znaleźć również na FB, gdzie działa grupa GIEŁDA SPRZĘTU TENISOWEGO; co jakiś czas pojawiają się też oferty na TenisPortal.com w zakładce "giełda sprzętu".

Korzyść w kupnie rakiety na rynku wtórnym polega nie tylko na niższej cenie i możliwości negocjacji. Jest to również okazja do przetestowania nowego naciągu, czasem innego rodzaju, najczęściej o innej sile niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Zgoda, zgrany naciąg nie spełni tej funkcji, nic nam nie powie o swoich plusach czy minusach, po prostu go wytniemy po zakupie. Jednak nierzadko otrzymujemy sprzęt z niemal świeżymi strunami, dlatego zawsze warto dopytać sprzedającego, co i z jaką siłą jest wciągnięte. Ja w ten sposób poznałem urok hybryd oraz mniejszych niż dotychczas sił i chyba już przy nich pozostanę.

Sprzęt z drugiej ręki to dobra opcja, ale trzeba zachować ostrożność, by nie wtopić. Jak to zrobić? Na które ogłoszenia zwracać uwagę?

Na portalach aukcyjnych trafiają się anonse z minimalnym opisem typu nazwa producenta i określenie stanu (na ogół bardzo dobry). To zwykle osoba niezwiązana z tenisem, która gdzieś kiedyś dostała rakietę lub wygrzebała na dnie szafy i teraz próbuje się jej pozbyć. Często są to rakiety mało używane albo wcale, za to mocno wiekowe, nie spełniające nowoczesnych wymagań, również estetycznych, co w końcu także ma znaczenie. Takie ogłoszenia rzadko oferują coś ciekawego.

Zdecydowanie bardziej warto zainteresować się ofertą z opisem podstawowych parametrów sprzętu, gdy do tego znajdziemy informacje o naciągu, możemy być pewni, że mamy do czynienia z osobą grającą. Może to być amator pozbywający się starej rakiety, może być trener działający na zlecenie swego podopiecznego lub dorabiający sobie jako dystrybutor, sprzedający rakiety po testach. W tym drugim przypadku sprzęt będzie grany testowo "godzinę", naciąg założony "tydzień temu", stan "bardzo dobry, żadnych rysek i otarć". I nawet jeśli rzeczywiście jest to bliskie prawdy,  trzeba podejść  do tego opisu z rezerwą.

Dlaczego tak? Najlepszą ilustracją niech będą poniższe zdjęcia. U góry 3 zdjęcia z ogłoszenia, u dołu - 3 zdjęcia tej samej rakiety "na żywo":

Niepokój powinno wzbudzić już wystawienie rakiety ze starą owijką (w dobrym tonie jest przed sprzedażą owijkę wymienić lub przynajmniej dołączyć do przesyłki). 



"na żywo":

















Zdjęcia mówią same za siebie - stan ramy i grometu w wirtualu i realu diametralnie różny. Starcie grometu na tyle, że zniknęły wgłębienia w plastiku zupełnie niespotykane nawet w kilkuletnich rakietach, a mamy do czynienia z modelem, który jest na polskim rynku raptem parę miesięcy. Dziurę (kilkumilimetrowy odprysk) pozostawiam bez komentarza.

Stąd naczelna zasada - trzeba prosić o dodatkowe zdjęcia na priv, każdy sprzedający powinien bez trudu dosłać kilka ze wskazanych miejsc.

Generalnie zadrapania czy odpryski nie szkodzą, są to normalne cechy w związku z użytkowaniem, jednak pęknięty gromet czy pęknięcie lakieru na ramie wskazuje na uderzenie rakietą w czasie gry. Takiego sprzętu trzeba unikać, mogą się za tym bowiem kryć nie tylko powierzchowne uszkodzenia; pęknięta rama traci swoje właściwości.

Używana rakieta to dobry wybór. Kupując z głową i nie oczekując "nówki-sztuki" możemy mieć z takiego zakupu sporo radości.